Wyspa Skarbów. Część 4 – Wyruszamy!

Nieubłaganie zbliżał się czas wyprawy. Mieliśmy załogę, wyczarterowany jacht i wykupione bilety na Martynikę. Wciąż jednak trwały negocjacje w sprawie wydania pozwoleń na prowadzenie naszych poszukiwań. Rząd Dominiki bardzo ostrożnie podchodził do tematu eksploracji, mając przykre doświadczenia z przeszłości, gdy amerykańskie firmy „poszukiwaczy skarbów” dosłownie ograbiały penetrowane wraki.

Wiele wskazywało na to, że cała ekspedycja nie dojdzie do skutku, gdyż nie wyobrażaliśmy sobie poszukiwań bez legalnej aprobaty wyspiarzy. W desperacji przygotowywaliśmy plan B, w którym mieliśmy się zająć innymi potencjalnie ciekawymi historiami na Karaibach. Na wszelki wypadek rozpoczęliśmy negocjacje z rządami kolejnych wysp, które również były w obszarze naszych zainteresowań. Jednak i tam natrafialiśmy na potężny opór urzędników i koszmarną biurokrację, będąc odsyłani z departamentu do departamentu. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło – przy okazji zgromadziliśmy pokaźną teczkę materiałów na temat zaginionych wraków czy ukrytych w tym rejonie skarbów, z których być może kiedyś uda nam się jeszcze skorzystać. Co ciekawe, niektóre tematy były bardzo kuszące. Na przykład mapa wybrzeża jednej z karaibskich wysp, na której zaznaczono bardzo dokładnie położenie nieznanego pirackiego statku, łącznie z pozycją dział, kotwicami itd. Mapa nie byle jaka bo jej autorem był nie kto inny jak Mel Fisher, legendarny poszukiwacz skarbów, co niemal gwarantowało sukces eksploracji we wskazanym miejscu.

Mapa z pozycją pirackiego wraku na jednej z karaibskich wysp.

Byliśmy więc gotowi także na scenariusz prowadzenia eksploracji poza Dominiką, jeśli ostatecznie nie otrzymamy odpowiednich pozwoleń. Na szczęście godziny spędzone na telefonie i dziesiątki maili osiągnęły właściwy skutek i dosłownie na kilka dni przed wylotem dostaliśmy zielone światło. Jednak życie lubi płatać figle. Dowiedzieliśmy się, że ze względu na stan zdrowia nie może z nami lecieć Krzysztof Nowak, nasz operator mający dokumentować całość wyprawy. Przyznać musimy, że przez kilka miesięcy, zupełnie nie przejmowaliśmy się tą kwestią i nagle stanęliśmy przed nie lada dylematem. Czy w ciągu kilkunastu dni uda nam się namówić na spontaniczny wyjazd jakiegoś filmowca? Byłoby to istne szaleństwo. Co ze sprzętem, który miał przywieźć ze sobą Krzysztof? Nie chodziło tylko o sprzęt audio-wideo ale o specjalnego drona z możliwością nagrywania w podczerwieni, co miało pomóc w poszukiwaniu jaskini, ale też o ROVa, podwodnego robota, który jak sądziliśmy będzie wspierał pracę nurków oraz zapewni materiał do analizy 3D, którą miał po powrocie wykonać dla nas „ZED”, specjalista od tego typu technik komputerowych. A jednak się udało. Los, zupełnie przez przypadek sprawił, a właściwie zesłał nam Kamila Króla, doświadczonego reżysera-dokumentalistę, który zgodził się wziąć udział w wyprawie. W ostatnim momencie zdecydowaliśmy się też na zakup ROVa, którego jak sądzimy wykorzystamy również w przyszłych projektach prowadzonych przez Poszukiwacze.org. Kryzys został zażegnany, ale nie na długo. Zaledwie dwa dni przed wylotem z wyjazdu zrezygnował Tomek Kowalski – szef naszej ekipy płetwonurków i bardzo ważna osoba z punktu widzenia działań jakie zamierzaliśmy prowadzić. Na szczęście, nie na tyle, by przekreślić szanse na realizację podwodnego etapu naszej ekspedycji. Na pokładzie mieliśmy bowiem Arka i Joannę, których doświadczenie było aż nadto wystarczające, jak na przewidywany zakres prac. Edyta Kwiatek, która oryginalnie miała być jednym z nurków, zostawała w Polsce, wspomagając nas organizacyjnie, między innymi w kwestii tłumaczeń hiszpańskich dokumentów, i jako ważny łącznik ekipy z krajem. (więcej o ekipie tu: https://poszukiwacze.org/wyspa-skarbow-nasza-ekipa/ ) Do przygotowań doszły też inne obowiązki – spotkanie i wywiad w telewizji śniadaniowej TVN i patronaty medialne National Geographic i kanału History. Ostatnie dni mijały więc w nerwowej atmosferze, potęgowanej dodatkowo masą sprzętu jaki zamierzaliśmy przetransportować na drugą stronę Atlantyku.

Punktem zbornym dla ekipy był Paryż (oprócz Patryka Muntowskiego, który poleciał na Martynikę kilka godzin wcześniej), gdzie ostatecznie dotarliśmy w komplecie i bez żadnych już komplikacji 31 października 2019 roku.

Większość ekipy gotowa do lotu. Od lewej: Piotr Maszkowski, Kamil Król, Ania Brzezińska, Igor Murawski, Joanna Gilewicz, Robert Kmieć, Monika Matis, Arek Agaciak.

Le Lamentin – Fort de France – Le Marin

Gdy po dziewięciu godzinach lotu z bardzo chłodnej stolicy Francji, otworzyły się drzwi samolotu, uderzyła w nas fala gorącego, przesyconego wilgocią karaibskiego powietrza. Fantastyczne uczucie zważywszy na mocno wieczorową porę. Z lotniska w Le Lamentin ruszamy wynajętym vanem do hotelu w Fort de France. Poza przyjemnym ciepłem i majaczącymi gdzieś w ciemności wzgórzami pokrytymi egzotyczną zielenią, niewiele świadczy o tym, że jesteśmy w prawdziwych tropikach. Wielopasmowa autostrada, industrialne przedmieścia, wysokie bloki i biurowce przypominają raczej lazurowe wybrzeże. Zmęczeni długim lotem i panującym ciężkim i lepkim upałem, idziemy na szybką wspólną kolację, z której najbardziej w pamięć zapadło pewnie zimne piwo. W hotelu nie da się spać przy zamkniętych oknach, ale jesteśmy tak padnięci, że nie martwią nas potencjalne ataki komarów i nie przeszkadza nieustający, bardzo głośny śpiew ptaków, zwłaszcza papug. Kolejny dzień zaczyna się wcześnie, idziemy na zakupy, by zaprowiantować się na kolejne dwa tygodnie. Z hotelu do sklepu dzieli nas dosłownie kilka minut marszu, ale zanim docieramy do potężnego klimatyzowanego wnętrza, jesteśmy zlani potem. Asortyment właściwie niczym się nie różni od tego we Francji, ceny w euro, tanio też z pewnością nie jest. Przygotowanie prowiantu na kilka tygodni ekspedycji to nie lada wyzwanie i naszych pełnych koszyków jest tak dużo, że przemiła pani kierownik uruchamia specjalnie dla nas dodatkową kasę. O 12:00 pakujemy się do busa zorganizowanego dla nas przez panią Joannę, rodaczkę prowadzącą firmę „Słoneczna Martynika”, i ruszamy do oddalonego o ok. 100 km Le Marin. Za miastem daje się zauważyć piękno wyspy, lecz dopiero wtedy, gdy oddalamy się od wszechobecnej cywilizacji. Na głębokiej prowincji znany nam świat na chwilę znika – jest tak jak sobie wyobrażaliśmy, przydrożne stragany z owocami i bajeczne wręcz okoliczności wciąż jeszcze dzikiej przyrody. W miarę jednak zbliżania się do celu obraz ten ponownie zanika.

Nasz ekwipunek.

Marina w Le Marin, Martynika.

Docieramy do gigantycznej mariny, gdzie mustrujemy się na nasz katamaran i jednocześnie dom na kolejne dwa tygodnie. Tego dnia nie mamy szansy już ruszyć ku przygodzie. Czekamy na zarezerwowany jeszcze w Polsce sprzęt nurkowy, butle i kompresor. W walce z wszechobecnym upałem znowu pomaga świetne lokalne i oczywiście bardzo zimne piwo, serwowane w żeglarskim barze. Zapoznajemy się tymczasem z łodzią, która wówczas wydawała się nam jeszcze przestronna. Po zajęciu kajut, rozmieszczeniu sprzętu, zapasów żywności i bagaży wrażenie to szybko minęło. Idziemy na kolację do pobliskiej tawerny, a potem, jako że dzień Wszystkich Świętych, odwiedzamy miejscowy cmentarz. Jakże inny niż u nas, wokół wesoły gwar rozmów, widać, że tu nieobecnych wspomina się raczej na wesoło… Wracamy.

Pierwsza noc na wodzie, koją kołyszą lekko fale dając niewinny przedsmak czekającej nas przygody. Wreszcie wielki dzień, ruszamy wieczorem. Zanim to nastąpi pojawią się kolejne komplikacje – sprzęt nurkowy został dostarczony przez co prawda bardzo sympatycznego i przystojnego Francuza, ale z dramatycznym wręcz opóźnieniem i w dodatku okazał się niesprawny. W międzyczasie próbujemy się odprawić w kapitanacie, co trwa całe wieki. Wreszcie tuż przed zmrokiem wypływamy.

Odbiór sprzętu nurkowego.

Żegnamy Martynikę.

Rejs

Opływamy od południa Martynikę, płynąc wzdłuż zachodnich jej brzegów, po czym obieramy kurs na północ. Morze jest spokojne, idziemy głównie na silnikach, gdy nieco mocniej zawieje podnosimy żagle. Wiatry nam jednak nie sprzyjają, a zależy nam na czasie, więc musimy się wspomagać napędem, tym bardziej, że za nami horyzont rozświetla się rozbłyskami goniącej nas burzy. Choć katamaranem z natury mniej buja niż jednokadłubowym jachtem, część z nas zaczyna chorować. To zdrowy objaw i każdy musi go przejść. Choroba morska objawia się w różny sposób i każdy przechodzi ją nieco inaczej. Niektórzy faktycznie wciąż wymiotują, inni są senni lub boli ich głowa. To jednak oznacza, że czas wacht przewidziany na 2 godziny, niektórym się przedłuży. Noc mija w miarę spokojnie, tuż jednak przed świtem wychodzimy zza osłony lądu na 20 milowy odcinek otwartych wód Atlantyku. Przesmyk pomiędzy Martyniką, a Dominiką daje pojęcie czym jest gniew oceanu, fale rosną w oczach, ostre podmuchy rzucają stabilną dotąd łodzią, niczym łódką z papieru. Na domiar złego, wysiada jeden z silników, nie dając się za nic uruchomić ponownie. Godzinę później pada drugi, co sprawia, że robi się nieciekawie. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie zawrócić na Martynikę, ale to grozi poważnym opóźnieniem naszych planów i być może nawet końcem ekspedycji. Decydujemy się płynąć dalej. Od tego momentu wleczemy się na żaglu z prędkością zaledwie 2 węzłów. Słońce praży już niemiłosiernie, na niewielkiej przestrzeni trudno przed nim się schronić. Ukrop potęguje poczucie zmęczenia i pot oblewający ciało. Trudy żeglugi wynagradza nam jednak wyłaniający się znad nieboskłonu ląd. Z każdą mozolnie przepłyniętą milą coraz wyraźniejszy i rosnący w oczach. Niczym członkowie drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba odkrywamy Dominikę również w niedzielę i to 3 listopada, tyle że dokładnie 526 lat później.

Dominika – nasza Wyspa Skarbów!

Dominika. Roseau – Portsmouth

Po 18 godzinach żeglugi dobijamy do Roseau, położonej wśród pokrytych soczystą zielenią wzgórz, stolicy Dominiki. Wreszcie Karaiby z naszych wyobrażeń. Przy brzegu rzędy bajecznie kolorowych zabudowań, lecz ani śladu mariny, czy jakiekolwiek pomostu, do którego można przybić. Jest jedynie kotwicowisko, gdzie zamierzamy zacumować. Z zepsutymi wciąż silnikami nie jest to jednak proste.

Kotwicowisko w Roseau.

Gdy rozpoczynamy podejście, zauważamy zbliżającą się od nabrzeża łódź motorową. Po chwili uśmiechnięty tubylec, wita się z nami i przedstawia jako nasz lokalny „opiekun”. Tak właśnie działa obowiązkowa asysta na Dominice – w każdym porcie funkcjonują wybrane przez rząd osoby, które wyznaczają miejsce na kotwicowisku, pomagają w formalnościach i oprowadzają po wyspie. Mieliśmy szczęście trafić na słynnego Octaviusa, właściciela firmy „Sea Cat”, który jest uważany za jednego z najlepszych i najbardziej charyzmatycznych przewodników na Dominice. Octavius niezwykle sprawnie mocuje nas do muringu. Pierwsza na ląd musi zejść pani kapitan i zameldować nas w urzędzie z kompletem paszportów. Wraca dopiero pod wieczór, co i tak jest cudem zważywszy, że trafiliśmy na trwające trzy okrągłe dni miejscowe obchody święta niepodległości. Po zapadającym tu szybko zmroku decydujemy się na rekonesans miasta. Spuszczamy pokładowy ponton i popyrkując na wolnych obrotach część z nas ląduje na plaży. Po zejściu na brzeg, wchodzimy z przybrzeżnych zabudowań na ulicę.

Zniszczone huraganem budynki i nabrzeże na Dominice.

Cóż to za świat? Mamy wrażenie cofnięcia się w czasie co najmniej o kilkadziesiąt lat. Nierówny, pełen dziur asfalt i urwiste pobocze prowadzą nas ku centrum. Wzdłuż walące się domostwa, niektóre, wyglądające na opuszczone rudery są zamieszkane. Ulice i domy są zaciemnione, jakby tubylcy obawiali się wrogiego nalotu. Krajobraz iście wojenny. Mimo panującego mroku wszędzie widzimy ślady potężnego huraganu „Maria”, który niemal zrównał Dominikę z ziemią we wrześniu 2017. Miejscowi, przyglądają się obojętnie białym przybyszom, czasem się witają, niektórzy pozdrawiają, inni proponują zioło. Co jakiś czas mijają nas, dudniąc podrasowanym basem bądź trąbiąc auta. W większości japońskie i nie nowsze, niż z połowy lat 90. Nagle wyrasta przed nami klasycystyczna bryła pałacu prezydenckiego. Na tle dotychczas widzianego krajobrazu karaibskiego miasta wygląda abstrakcyjnie. Tym samym docieramy jednak do bardziej okazałej części stolicy, gdzie widać już postkolonialną zabudowę. Na nadmorskiej promenadzie prowadzącej do portu natrafiamy na paradę z okazji dnia niepodległości, jest głośno, kolorowo i wesoło. Oglądamy ją z tarasu baru, gdzie mieszamy się z tłumem rozbawionych tubylców. Po raz pierwszy próbujemy lokalnego rumu, który serwowany jest w niewyobrażalnej wręcz ilości smaków. Czas wracać na pokład.

Autorzy degustują lokalny rum.

Zatoka galeonów

Następnego ranka ruszamy na pierwszą z zaplanowanych misji. Naszym celem jest wypróbowanie sprzętu i sprawdzenie silników jachtu. Monika naprawiła awarię, ale zanim wyruszymy na północ, ku miejscu zatonięcia hiszpańskich statków, musimy mieć pewność, że nasz katamaran jest w stu procentach sprawny. Nie jesteśmy już na Martynice, gdzie wszystko można było załatwić niemal od ręki. Od teraz jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Wybrany do testowania obszar to rejon pasa raf koralowych przy południowym cyplu wyspy. Kilka lat temu małżeństwo Anglików natrafiło przy znajdującej się tam płyciźnie na hiszpańskie złote monety. Mogło to sugerować, że zalega tam jakiś wrak, lub pozostałości po nim. Mając płetwonurków na pokładzie warto było ten trop sprawdzić.

Robert Kmieć (z tyłu) i Patryk Muntowski. W tle Scotts Head.

Opływamy od wschodu Scotts Head, następnie wychodząc z osłony wyspy wpadamy ponownie wprost na atlantyckie wody z krótką, targającą katamaranem na wszystkie strony falą. Musimy się trzymać z dala od brzegu i czających się przy nim skał. Zdradziecki prąd spycha nas jednak ku nim wymuszając nieustająca kontrę sterem w przeciwnym kierunku. Już wiemy, dlaczego rozbiło się tu tyle żaglowców i skąd tyle zatok, cypli i przylądków ma w nazwie galeon czy okręt. W pewnym momencie robi się ostro, wspinamy się po coraz wyższych falach, a jachtem przy wciąż wzmagającym się wietrze kołysze coraz mocniej. Z kapitańskiego mostka pada komenda „przygotować się do możliwej wywrotki!” Na szczęście katamaran wytrzymuje napór fal, choć wciąż jest bardzo niebezpiecznie. To niestety oznacza, że nie ma szans na dotarcie w tych warunkach w pobliże rafy, gdzie może zalegać tajemniczy wrak. Co za tym idzie nie ma mowy również o ewentualnym wysłaniu płetwonurków pod wodę, podpięciu anteny sonaru, czy teście ROVa. To dla nas zła wiadomość bo nie tylko nie możemy sprawdzić sprzętu, ale też jest to prawdopodobna zapowiedź trudnych warunków, które będą czekały na nas na północy wyspy, gdzie teren jest równie odsłonięty. W drodze powrotnej na kotwicowisko, czujemy jednak, że szczęście nam sprzyja. Znad brzegu wyrasta wielka tęcza, a wiadomo, że jej końce wskazują… skarb. Mamy też pierwszą lekcję za sobą – znaleźliśmy się w rejonie świata, gdzie jesteśmy całkowicie zdani na łaskę żywiołów i od nas samych niewiele zależy.

Piotr Maszkowski, Igor Murawski

Ciąg dalszy nastąpi.

Polub i udostępnij:
Igor Murawski - badacz historii, publicysta, tłumacz literacki, przewodnik. Uwielbia rozwiązywać historyczne i archeologiczne zagadki. Podróżując poszukuje zaginionych skarbów i zapomnianych przez ludzi i czas miejsc. Pracuje nad kilkoma projektami, łączącymi pasję do historii z eksploracją.