Wyspa Skarbów. Część 3 – Przygotowania do wyprawy.

Perspektywa ekspedycji śladami azteckich i hiszpańskich skarbów na Karaibach nabierała kolorów. Po długotrwałych poszukiwaniach w archiwach i analizie dostępnych źródeł byliśmy przekonani, że sprawa zaginionych galeonów i tajemniczej jaskini jest warta kontynuacji. Projekt miał w sobie wszystko co mogło nas zainteresować – historyczną łamigłówkę godną Sherlocka Holmesa, bajeczne skarby, które najwyraźniej istniały naprawdę, i niezwykłą egzotykę z trudno dostępną karaibską wyspą w tle.

Co najważniejsze miał w sobie ewidentny smak przygody. Podjęliśmy rękawicę. Kolejny etap był jednak znacznie poważniejszym wyzwaniem, związanym już z weryfikacją naszej historii na miejscu. Nie chodziło jednak o to, aby turystycznie udać się na Karaiby, ale przeprowadzić tam poszukiwania. A nie była to w miarę prosta eksploracja na terytorium Polski, innego kraju w Europie czy nawet, jak ostatnio, wymagająca, ale mimo wszystko niezbyt skomplikowana wyprawa, podczas której ruszyliśmy tropem skarbu templariuszy do Ziemi Świętej i na Cypr. W tym przypadku mieliśmy prowadzić konkretne działania po drugiej stronie Atlantyku, w kompletnie obcym terenie i z dala od znanej nam cywilizacji.

Dysponowaliśmy oczywiście szeregiem map historycznych, topograficznych i satelitarnych interesującej nas części Dominiki. Dzięki temu mieliśmy jako takie wyobrażenie o warunkach terenowych na wyspie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że skaliste wybrzeże, strome wzgórza i głębokie wąwozy pokryte tropikalnym lasem deszczowym będą od strony lądu ekstremalnie trudnym obszarem do eksploracji. Tam jednak kryła się nasza jaskinia, w której Indianie Kalinago mieli ukrywać łupy pochodzące m.in. z ładowni rozbitych w drugiej połowie XVI wieku żaglowców. W związku z tym, że według wielokrotnie już przytaczanego przez nas zeznania Luizy de Navarette obiekt ten miał się znajdować ok. 1 ligi (ok. 5 km) od wybrzeża, musieliśmy się przygotować na głęboką penetrację sporych obszarów dżungli. Także wspomniany wcześniej specjalista, badacz hiszpańskich archiwów powiedział nam, że skarb z pewnością istnieje, ale jest on ukryty na wyspie, nie zaś w ładowniach zatopionych u jej brzegów galeonów. To wydawało się logiczne, ale jednocześnie nie chcieliśmy pozbywać się możliwości próby odnalezienia fragmentów hiszpańskich galeonów, które miały rozbić się na północno-zachodnim krańcu wyspy. Uznaliśmy więc, że konieczna jest również weryfikacja naszej historii od strony morza oraz jego głębin. Po pierwsze, wraki hiszpańskich okrętów były dla nas od samego początku jednym z punktów zaczepienia. Natrafienie na najdrobniejsze choćby pozostałości po nich stanowiłoby cenną wskazówkę co do dalszego kierunku poszukiwań na lądzie. Po drugie, zważywszy na skromną ilość szlaków w tej trudno dostępnej części wybrzeża, możliwość dostania się w interesujące nas miejsca od strony brzegu byłaby ważną z eksploracyjnego punktu widzenia opcją.

Tym samym plan wyprawy ewoluował. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w zasięgu naszych możliwości będzie jedynie przeprowadzenie wstępnego rekonesansu. Oczywiście liczyliśmy na łut szczęścia, ale znając doskonale realia tego typu działań, staraliśmy się trzymać wyobraźnię na wodzy. Szykowało się bowiem przede wszystkim spore wyzwanie logistyczne oraz organizacyjne.

Na Dominikę nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych z Europy. Jak się okazało, najłatwiej się tam dostać przez dobrze skomunikowaną z Francją Martynikę, będącą jej terytorium zamorskim. Stamtąd mogliśmy statkiem bądź samolotem lokalnych linii dotrzeć na oddaloną zaledwie o 100 km na północ sąsiednią wyspę – cel naszej wyprawy. Jednak ze względu na specyfikę naszych potrzeb zdecydowaliśmy się na czarter jachtu. Jako środek transportu, baza noclegowa i platforma do poszukiwań podwodnych i lądowych sporej wielkości katamaran nadawał się idealnie. Tym bardziej, że Dominika, jako już jedno z nielicznych miejsc w rejonie Karaibów, nie posiada zbyt rozbudowanej infrastruktury turystycznej. My jednak nie jechaliśmy tam wypoczywać, tylko poszukiwać, więc dodawało to tylko ekspedycji przygodowego charakteru. Poza tym kilka miesięcy wcześniej sprawdziliśmy się w sztormowych warunkach na Morzu Śródziemnym i musimy przyznać, że żeglowanie niezwykle przypadło nam do gustu, również ze względów praktycznych. Cezary Sławecki, zaprzyjaźniony z nami skipper, pomógł nam wówczas dokonać właściwego doboru jednostki, udzielając wielu praktycznych wskazówek, co znacznie przyspieszyło i ułatwiło cały proces wynajmu.

W związku z tym, że lecieliśmy na Dominikę przynajmniej próbować poszukiwać, musieliśmy z odległości kilku tysięcy kilometrów sprawdzić spełnienia jakich procedur będą od nas wymagały lokalne władze. Nie mieliśmy na miejscu żadnego punktu zaczepienia, jakichkolwiek bliższych kontaktów, nie znaliśmy miejscowych zwyczajów ani przepisów. W kwestii lądowej eksploracji nie przewidywaliśmy większych problemów, gdyż i tak nie zamierzaliśmy na tym etapie prowadzić jakichkolwiek prac inwazyjnych, a jedynie rozpoznać teren i zebrać odpowiednią dokumentację. Pod każdym względem znacznie bardziej skomplikowana była oczywiście część podwodna. W grę wchodziła bowiem prospekcja dna przy użyciu sonaru i magnetometru w celu ustalenia lokalizacji wraków, a następnie nurkowanie w miejscu wykrytych anomalii i ich weryfikacja przez płetwonurków. W tak skarbodajnym obszarze jak Karaiby, gdzie amatorów tego typu działań nie brakuje, funkcjonują w lokalnym prawodawstwie każdej wyspy liczne ograniczenia. Już wstępny przegląd stron internetowych pokazał, że na Dominice nawet nurkowanie rekreacyjne obostrzone jest konkretnymi zasadami. Jest ono oczywiście możliwe, ale wyłącznie z lokalną asystą miejscowego instruktora lub przewodnika oraz po uiszczeniu drobnej opłaty. Dotyczy to większości wód przybrzeżnych, jednak istnieją obszary objęte ochroną rafy koralowej i podwodne rezerwaty, gdzie schodzenie pod wodę, nawet pod nadzorem, jest zabronione. W związku z tym, że naszym założeniem było również poszukiwanie wraków, zasady te nas oczywiście i tak średnio dotyczyły. Szybko też ustaliliśmy, że jeżeli chcemy realizować nasz plan, wyprawa w świetle obowiązującego prawa nabierze formalnie charakteru ekspedycji naukowo-badawczej. Po pierwszej wymianie korespondencji i rozmowach telefonicznych z odpowiednimi departamentami urzędów na Dominice wiedzieliśmy, że czeka nas potężne wyzwanie. Dotarliśmy więc do najtrudniejszego etapu przygotowań. Niezbędnego, lecz ekstremalnie pracochłonnego. Procedura wymagała bowiem przedstawienia szczegółowego planu działań, motywów i celów, jakie nam przyświecały, oraz użycia argumentów, które przekonają osoby decyzyjne na wyspie, by nam zaufać i wydać pozwolenie. Skala wyzwania uświadomiła nam, że nie jest to zwykła wyprawa i nasz oryginalny plan, by ekspedycja odbyła się bez specjalnego rozgłosu i medialnego szumu, nie miał większych szans na realizację. Już same nasze poszukiwania odpowiednich płetwonurków wywoływały duże zainteresowanie. Zrozumieliśmy, że nie tylko nie uda nam się zachować dyskrecji, ale wręcz, że takie próby są kontrproduktywne. Kilka osób zarzuciło nam nawet, że nie powinniśmy trzymać tylko dla siebie wiadomości o tak niezwykłej wyprawie, jakby nie patrzeć pierwszej polskiej ekspedycji wyruszającej na Karaiby stricte w celu rozwiązania zagadki zaginionych tam skarbów. Posypawszy głowy popiołem, zdecydowaliśmy, że w takim razie nasz projekt powinien zostać udokumentowany i zarejestrowany na taśmie filmowej a sam jego przebieg opiszemy w taki sposób, aby inni mogli nas w przyszłości naśladować, lub uczyć się na naszych błędach. Oprócz nurków potrzebny był więc też i operator filmowy. Nasz początkowo skromny projekt się rozrastał..

Od lewej: Patryk Muntowski, Anna Brzezińska, Igor Murawski, Piotr Maszkowski.

Żelaznym” i podstawowym składem załogi była nasza dwójka oraz doświadczona eksploratorka Ania Brzezińska i archeolog Patryk Muntowski. Znaliśmy siebie nawzajem, swoje umiejętności i ograniczenia i wiedzieliśmy, że możemy na sobie całkowicie polegać, także na stresująco małej przestrzeni jachtu, który miał być naszym domem na kilka tygodni, w rejonie świata znanym z bezlitosnych huraganów. W tym składzie możemy wiele, ale niestety nie wszystko. Ekipę musieliśmy uzupełnić o osoby z niezbędnymi podczas wyprawy umiejętnościami. Choć prace podwodne nie miały być najważniejsze podczas rekonesansu, to stanowiły jego niewątpliwie istotną część, więc dobór tej części ekipy długo spędzał nam sen z powiek. Płetwonurków wybraliśmy wstępnie samodzielnie, ale sprawdzenie ich kwalifikacji, doświadczenia oraz ostateczną rekomendację, zostawiliśmy Tomkowi Kowalskiemu, bardzo doświadczonemu nurkowi i szefowi podwodnej sekcji Klubu PHEC Thesaurus, który miał nadzorować ten aspekt ekspedycji. Z osób przez nas wybranych, Tomek rekomendował studiującą podyplomowo archeologię podwodną Joannę Gilewicz i Arka Agaciaka, który dodatkowo miał doświadczenie żeglarskie. (Więcej o ekipie przeczytać można tu: https://poszukiwacze.org/wyspa-skarbow-nasza-ekipa/ ). Czekały nas złożone działania, wymagające zastosowania odpowiedniej metodologii i narzędzi. Do przeszukania wytypowaliśmy spory obszar, jednocześnie mając świadomość, jak ograniczonym czasem będziemy dysponować. Konieczny był więc dobór efektywnych technologii i sprzętu, które pozwolą skutecznie lokalizować znajdujące się pod wodą obiekty, aby każdorazowo płetwonurkowie schodząc pod wodę, mogli weryfikować konkretny namiar.

Zdecydowaliśmy, że kompromisowym rozwiązaniem, ze względu na logistykę przedsięwzięcia, będzie pozyskanie sonaru bocznego, umożliwiającego precyzyjne skanowanie dna morskiego oraz magnetometru protonowego, którym mieliśmy nadzieję spróbować znaleźć większe przedmioty żelazne jak kotwice czy działa (zakładaliśmy, że nie były wykonane z brązu). Do udziału w wyprawie udało się namówić Roberta Kmiecia, jednego z najlepszych specjalistów w Polsce od geofizycznych urządzeń pomiarowych i bezinwazyjnych metod detekcji. Robert zapewnił odpowiedni sprzęt, jego obsługę oraz fachową interpretację pomiarów. Kolejnym członkiem ekipy został Krzysztof Nowak, doświadczony operator telewizyjny, współpracujący m.in. z National Geographic Channel i jednocześnie zapalony pasjonat eksploracji. Do jego zadań należało rejestrowanie i dokumentowanie przebiegu wyprawy, zarówno spod wody, jak i z powietrza. Dysponował bowiem zarówno latającym dronem, jak i ROV-em – wyposażonym w kamerę podwodnym minirobotem, przy pomocy którego mieliśmy nadzieję nie tylko filmować, ale również aktywnie wspomagać pracę płetwonurków.

Najistotniejszym członkiem ekipy musiał być oczywiście kapitan. Skipper nie do końca przeciętny, bo dobrze znający Karaiby, doświadczony na tyle, by nie lękać się potencjalnych sztormów, zdradliwych wód i skalistych wybrzeży w rejonie naszych poszukiwań. Przede wszystkim jednak rozumiejący priorytety nietypowego rejsu z eksploracyjną załogą i tonami dziwnego sprzętu zalegającego na pokładzie. Na szczęście i w tym przypadku nam się udało. Naszą panią kapitan została Monika Matis, nie tylko bardzo doświadczona żeglarka, ale i osoba znająca dobrze tematykę poszukiwawczą, która w przeszłości pisała artykuły również dla naszego „Magazynu Poszukiwacze”. Byliśmy prawie gotowi. Prawie, bo wciąż pozostawała kwestia uzyskania pozwoleń na prowadzenie poszukiwań. Byliśmy jednak optymistami. Już wykonaliśmy przecież kawał porządnej roboty. Okazało się, że przed wyruszeniem czeka nas jeszcze wiele niespodzianek..

Piotr Maszkowski, Igor Murawski.

Ciąg dalszy nastąpi.

Polub i udostępnij:
fb-share-icon0
Igor Murawski - badacz historii, publicysta, tłumacz literacki, przewodnik. Uwielbia rozwiązywać historyczne i archeologiczne zagadki. Podróżując poszukuje zaginionych skarbów i zapomnianych przez ludzi i czas miejsc. Pracuje nad kilkoma projektami, łączącymi pasję do historii z eksploracją.