Wyspa Skarbów. Część 5 – Nietypowi poszukiwacze.

Kontynuowaliśmy naszą wyprawę. Fatalne warunki na morzu w pobliżu południowego wybrzeża Dominiki unaoczniły nam jak wielkim wyzwaniem jest poszukiwanie wraków. W przypadku tego typu działań byliśmy zdani na łaskę potężnego żywiołu. Na szczęście naszym głównym celem była próba wytypowania miejsca złożenia skarbu na lądzie, więc podmorskie trudności nie były aż tak istotne. Wiedzieliśmy, że wybór rejonu na lądzie, gdzie naszym zdaniem ukryto hiszpańskie i azteckie skarby, będzie w większym stopniu zależał od determinacji ekipy, niż kaprysów pogody.

Tymczasem jednak kurs na północ wyspy prowadził wzdłuż zachodniego wybrzeża, a tam przez ostatnie sześćset lat rozbiła się cała masa żaglowców – od hiszpańskich i pirackich karawel oraz galeonów, po francuskie i brytyjskie potężne okręty wojenne. Mając zgodę władz na prowadzenie również poszukiwań podwodnych, nie mogliśmy przepuścić takiej okazji.

Nazwa, czyli jak znaleźć wrak bez nurkowania

W poszukiwaniach zatopionych wraków bardzo ważna jest toponimia. Lokalni mieszkańcy, którzy byli świadkami rozbicia się statku lub statków, nadawali pewnym miejscom bardzo konkretne nazwy. Wielu poszukiwaczy skarbów w ten właśnie sposób namierzyło miejsce zalegania wraku. Dobrym przykładem jest historia słynnego belgijskiego badacza podmorskich tajemnic, Roberta Sténuit. W roku 1967 poszukiwał on wraków statków hiszpańskiej Armady, która w 1588 roku zaatakowała Anglię, niemal zmieniając bieg europejskiej historii. Robert postanowił skupić się na kilku odcinkach wybrzeża Irlandii, gdzie występowały nazwy takie jak „Hiszpańska Skała”, „Hiszpańska Jaskinia” czy „Port na Spaniagh”, przeczuwając, że nazwy te mogą mieć związek z tragicznymi wydarzeniami, które rozegrały się w tym rejonie pod koniec XVI wieku. W ten sposób odkrył jeden z najciekawszych wraków z tego okresu, „Gironę”, która zatonęła 26 października 1588 roku. „Girona”, oprócz własnej załogi i ładunku, przewoziła rozbitków z dwóch okrętów Armady, które zatonęły wcześniej podczas feralnej drogi powrotnej z nieudanej inwazji Wysp Brytyjskich. Na pokładzie było łącznie ponad 1300 osób i mocno przeciążony statek został w końcu zepchnięty na irlandzkie skały. Robert Sténuit wydobył na powierzchnię ponad dwanaście tysięcy różnych przedmiotów, w tym setki srebrnych i złotych monet, złote łańcuchy oraz przepiękną biżuterię, z której najwspanialszym przykładem była wysadzana rubinami złota salamandra.

Złota Salamandra znaleziona przez Roberta Sténuit.

Nic więc dziwnego, że i my wpatrywaliśmy się intensywnie w lokalne mapy, które mogły nam zdradzić sekrety historii wybrzeża Dominiki. I rzeczywiście, nie zawiedliśmy się. Już “Zatoka Galeonów”, którą zostawiliśmy na południu, sugerowała nam, że i tu warto mieć na uwadze pamięć mieszkańców. Teraz, płynąc powoli na północ, nasz wzrok przykuło nietypowe wzniesienie o nazwie “Morne Espagnol”, co ewidentnie sugerowało związek z interesującym nas okresem. Nie tylko nazwa tego miejsca była intrygująca. Kształt wzgórza przypominał piramidę lub nieczynny wulkan i był świetnym punktem nawigacyjnym, z pewnością cenionym przez dawnych żeglarzy. Podpływając bliżej widzieliśmy ukryte w gąszczu dżungli, w cieniu wzgórza, ujście rzeki, które mogło wskazywać na to, że w przeszłości miejsce to służyło za dobre kotwicowisko dla okrętów, gdzie załogi mogły uzupełniać zapasy pitnej wody, drewna i żywności.

Arek sprawdza mocowanie kotwicy. W tle Morne Espagnol.

Morne Espagnol leżało też w pobliżu Portsmouth, drugiego największego miasta na Dominice i najważniejszego portu w tej części wyspy. Upatrzone przez nas miejsce mogło stanowić nie tylko przystanek w drodze do Portsmouth, ale nawet dobrą kryjówkę czy miejsce zasadzek dla piratów, którzy byli bardzo aktywni w tym rejonie już od połowy XVI wieku. Patrząc na mapę widzieliśmy, że Portsmouth leżało dokładnie w połowie drogi pomiędzy tym punktem a kolejnym, leżącym już w pobliżu północno-zachodniego cypla Dominiki, który również wydał nam się obiecujący pod kątem eksploracji podwodnej. Postanowiliśmy, że kotwicowisko w Zatoce Księcia Ruperta, nad którą leżało miasto, będzie dobrą bazą wypadową na tę część naszej trasy. Do zakotwiczenia w Portsmouth zmuszała nas też specjalna okoliczność.

Polska Dominika i pies Kolumba

Byliśmy tam umówieni na spotkanie z doktorem Lennoxem Honychurchem, niezaprzeczalnie najwybitniejszym autorytetem w kwestii historii Dominiki. Spotkanie co do którego mieliśmy bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony bardzo się cieszyliśmy, że badacz tej miary chce pomóc nam w naszych poszukiwaniach, ale też nie wiedzieliśmy, jak zareaguje na wiadomość o tym, że nasze własne badania zdają się całkowicie przeczyć jego ustaleniom. Ustaleniom bezkrytycznie powielanym również przez innych badaczy, które konsekwentnie wzmacniały legendę o zaginionym konwoju z roku 1567. Jak Lennox zareaguje na nasze „rewelacje”? Już wkrótce mieliśmy się o tym przekonać a tymczasem dopływaliśmy do Portsmouth, witani przez kolejnego lokalnego pilota, który ochoczo oferował nam swoje usługi. W pierwszej kolejności musieliśmy zejść na ląd, bo nie tylko potrzebowaliśmy uzupełnić nasze zapasy, ale też chcieliśmy spróbować znaleźć sklep, w którym moglibyśmy kupić lub wypożyczyć akumulator. Badania podwodne miały być w pierwszej kolejności przeprowadzone przy użyciu sonaru bocznego, a ten potrzebował własnego źródła zasilania. Niestety, akumulator, który wypożyczyliśmy w Roseau okazał się wadliwy. Większość załogi chciała też kupić karty prepaid-owe, umożliwiające komunikację ze światem i oczywiście mobilny internet, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie możliwości bezstresowej żeglugi. Kurs z naszym lokalnym opiekunem Alexisem, pozwolił niemal wszystkim na wyokrętowanie, pozostawiając na pokładzie tylko Monikę i Joannę, które na ochotnika dbały o nasz dobytek. O dziwo, choć Portsmouth przedstawiało się jeszcze mniej imponująco od Roseau, tu też wszędzie widać było ślady bezwzględnego huraganu sprzed dwóch lat, jakoś bardziej przypadło nam do gustu. Być może była to kwestia pierwszego wrażenia, a to nie było najgorsze, ponieważ bezpośrednio na plaży przywitała nas bardzo skromnie wyglądająca, ale za to świetnie wyposażona w wiktualia, knajpka „Madiba”, nazwana tak na cześć Nelsona Mandeli. Miejsce było prowadzone przez Francuzkę, która zakochała się w miejscowym kucharzu i wspólnie z nim postanowiła otworzyć plażową restaurację, mekkę dla wszelkiej maści żeglarzy i wagabundów. Wkrótce okazało się, że nie tylko doceniliśmy tam zimne lokalne piwo „Kubuli”, które w tropikalnym żarze dosłownie smakowało jak nektar bogów, ale też absolutnie fenomenalne potrawy, które mieliśmy testować aż do końca wyprawy. Wrażenie robiły w większości wielobarwne domy, świadczące niekiedy o niezwykłej wręcz pomysłowości właścicieli. Miasto pełne było kolonialnych pamiątek, czasem jakby zapomnianych. Swoistego kolorytu dodawały też trwające na wyspie wybory, z mieszkańcami głośno wyrażającymi swoje polityczne preferencje. Bardzo charakterystyczne były widziane wszędzie bezpańskie i bardzo przyjacielskie psy, które niemal wszystkie kulały w ten sam sposób, jakby miały identyczną wadę genetyczną. Zastanawialiśmy się pół żartem, czy przypadkiem to nie Kolumb, przepływając obok, zdecydował się zostawić na Dominice jakąś jego zdaniem wadliwą kastylijską sukę, która stała się pramatką psów w Portsmouth. Na portowych stoiskach z warzywami i owocami kupiliśmy sporo produktów, choć nie znając lokalnych realiów spodziewaliśmy się szerszego asortymentu.

Sklepy również nie były dobrze zaopatrzone i przypominały raczej te z okresu późnego PRL-u, gdzie produkty były ustawiane na półkach, tak by stwarzać wrażenie dużego wyboru, w rzeczywistości ukrywając fakt, że wszystko było niemal identyczne. Plusem na Dominice były niższe ceny, niż na położonej obok francuskiej Martynice, ale różnice te nie były aż tak widoczne. Kupowaliśmy jedzenie, wodę pitną, ale prawdziwym hitem na naszym jachcie stała się Cola. W krótkim czasie wykupiliśmy całe zapasy tego napoju w Portsmouth. Zakupy kart i mobilnego internetu nie były problemem, choć trochę trwało zanim ewidentnie rozbawione naszymi nazwiskami i flirtownie nastawione ekspedientki, dokładnie spisały nasze dane z paszportów. Trzeba tu zaznaczyć, że gdy odpowiadaliśmy na pytania o nasze pochodzenie, każdy z kim się stykaliśmy na wyspie kiwał z uznaniem głową. Najwyraźniej Polska i Polacy kojarzyli się tu bardzo pozytywnie. Przyczyny tego stanu rzeczy mogły być różne – jak się później dowiedzieliśmy, jednym z pierwszych powojennych kartografów i lubianą postacią na wyspie był Polak, o którego wojennych i nie tylko losach mieliśmy się nasłuchać po spotkaniu z doktorem Lennoxem, którego ten był bliskim przyjacielem. Jednak zanim do tego doszło musieliśmy przygotować bączka, czyli pokładowy ponton, do pracy z sonarem. Nie była to wcale prosta sprawa i Patryk z Robertem dość długo męczyli się z montażem urządzenia. Na szczęście Robert rozwiązał problem podłączenia akumulatora używając do tego ogniwa baterii z jednego z zabranych przez siebie wykrywaczy. Panowie przygotowywali sprzęt do wyczekiwanych podwodnych badań, reszta załogi krzątała się wokół różnych zajęć na pokładzie a my wyruszyliśmy na umówione spotkanie.

Robert (po prawej) i Patryk montują sonar w “bączku”.

Lennox i poszukiwacze skarbów

Czy macie tak czasem, że już przy pierwszym kontakcie czujecie do kogoś sympatię? Tak właśnie było z nami i Lennoxem, który przywitał nas w restauracji położonej na terenie parku narodowego „Cabrits”. Ubrany w luźną kremową koszulę, brodaty, siwowłosy z wesołymi zmarszczkami wokół oczu i piękną opalenizną, naukowiec wyglądał jak skrzyżowania Ernesta Hemingwaya z Seanem Connerym, grającym ojca Indiany Jonesa. Jednym słowem ktoś, z kim na pewno chciałoby się pogadać. Spotkanie z nim było rezultatem trwającej niemal rok korespondencji i byliśmy naturalnie spięci. Na szczęście napięcie szybko ustąpiło dzięki wszechobecnemu na wyspie zimnemu „Kubuli”. Lennox był świetnie przygotowany do naszej rozmowy. Na kartce miał zapisane wszystkie pytania, które zadawaliśmy mu w poprzedzających rozmowę mailach, oraz kilka książek z włożonymi między kartki zakładkami. Początkowa rozmowa o antropologii i archeologii Dominiki szybko zmierzała do tematu hiszpańskiego konwoju z roku 1567. Lennox powtórzył dobrze nam już znaną wersję historii, zanim więc przedstawiliśmy mu rezultaty naszych własnych badań, postanowiliśmy skierować tor rozmowy na kwestie, które szczególnie nas interesowały. Jak to się stało, że do dzisiaj nie odnaleziono skarbu? Kto i kiedy go poszukiwał? Okazało się, że choć lokalnie sprawa nie budziła większego zainteresowania, najwięcej czasu i środków poświęcili jej… amerykańscy poszukiwacze skarbów. Prób odkrycia ładunku było kilka, ale najważniejsza nastąpiła pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, gdy duża amerykańska firma eksploracyjna podpisała kontrakt z rządem Dominiki. Kontrakt przewidywał, że wszystkie koszty związane z poszukiwaniami pokryją Amerykanie, w zamian gwarantując sobie 75 procent odkrytego skarbu. Było to możliwe, bowiem wyspą tuż po uzyskaniu niepodległości targały częste przewroty, panował chaos i korupcja. Po trwającej miesiące operacji amerykańscy eksploratorzy zwinęli się szybko i po cichu swoim prywatnym samolotem, zabierając na pokładzie nieznany ładunek. Czy mogły to być hiszpańskie skarby z zaginionego konwoju? Lennox miał wątpliwości. Jako rządowy konsultant i ekspert uczestniczył zarówno w negocjacjach jak i próbach nadzoru nad pracami poszukiwaczy. Jak nam powiedział nie zauważył, żeby udało im się odkryć coś naprawdę niezwykłego, choć nie wykluczał, że nie wszystkie znalezione zabytki zgłoszono. Jednak na Dominice powstała legenda o Amerykanach, którzy okradli wyspę i wywieźli bezcenne dziedzictwo narodowe. Nomen omen, poszukiwacz prowadzący tę amerykańską firmę eksploracyjną, po latach skończył w więzieniu, oskarżony o oszustwo wobec inwestorów i defraudację środków partnerów jego wypraw. Każdy poszukiwacz – Lennox powiedział patrząc na nas wymownie – ma takie samo podejście i chodzi im o pieniądze. Cóż, odpowiedzieliśmy, w takim razie być może nie jesteśmy typowymi poszukiwaczami, bowiem dla nas liczy się pasja odkrywania, nie zaś materialny cel. Gdyby doszło do odkrycia z naszym udziałem, to nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, w której jakakolwiek część skarbu opuszcza wyspę. To bardzo nietypowe podejście – zauważył Lennox, ewidentnie zadowolony z naszej reakcji.

Od lewej: Piotr Maszkowski, Lennox Honychurch, Kamil Król, Igor Murawski.

Luźniejsza atmosfera i zawiązująca się między nami nić sympatii, była dobrym momentem, aby bezpośrednio wyłożyć ustalenia naszego śledztwa. Choć całkowicie przeczyły opisywanej przez niego wersji wydarzeń, którą prezentował na łamach wielu publikacji, skupiony słuchał uważnie ani razu nie przerywając nam wywodu. Gdy skończyliśmy, dłuższą chwilę zamyślił się, kręcąc głową. Z pewnością trudno było mu uwierzyć, że wielokrotnie przez niego opisywany zaginiony konwój z 1567 roku mógł nigdy nie istnieć. Argumenty, które poparliśmy zapisami źródłowymi, były jednak niepodważalne i z pewnością wywarły na Lennoxie wrażenie. Mieliśmy jednak coś na pocieszenie – konwoju z 1567 roku co prawda nie było, ale rozbitkowie opisani w relacji Luisy de Navarrete nie wzięli się przecież znikąd. Rzeczywiście, ożywił się naukowiec, mamy do czynienia z ewidentną historiograficzną pomyłką, ale wciąż mamy w dokumentach potwierdzenie jakichś hiszpańskich galeonów, które rozbiły się u wybrzeży Dominiki i ich bezcennym ładunku ukrytym w jaskini w głębi lądu. Gdzie jego zdaniem znajdowała się owa jaskinia? Lennox uśmiechnął się szeroko i wskazał ręką za siebie. „Góra Diabła”, tam należy szukać skarbu. Spojrzeliśmy po sobie wymownie. Dokładnie ten rejon wytypowaliśmy na podstawie naszych badań i obserwacji. Nasze spotkanie zbliżyło nas do siebie. Lennox chyba rzeczywiście poczuł, że nie ma do czynienia z kolejnymi hienami, które chcą oszukać lokalne władze. Jednym z najważniejszych przekazów, które wynieśliśmy z tego spotkania była informacja o tym, że dosłownie wszystkie ekipy poszukujące skarbu do tej pory, skupiały się na poszukiwaniach podwodnych. My już wiedzieliśmy, że był to błąd. Co więcej, Lennox nie słyszał o tym by ktoś podjął ślad lądowy i to sprawiło, że nasza przygoda nabrała jeszcze większych rumieńców, niż się spodziewaliśmy. Sądziliśmy, że tak jak w przypadku wielu innych słynnych skarbów, będziemy się musieli rozpychać łokciami i być może podążać tropem wcześniejszych badaczy. To, że byliśmy tu pionierami, i że nasze teorie spotkały się z dużym uznaniem eksperta takiego jak Lennox, bardzo mile nas zaskoczyło.

W powrotnej drodze Lennox podwiózł nas na pace swego wysłużonego pickupa do miasta. Na koniec opowiedział niezwykle intrygującą historię o swoim polskim przyjacielu i jego niezwykłych losach w czasie II wojny światowej i późniejszych przygodach na Dominice. Przyznać musimy, że ostatnią rzeczą jakiej się spodziewaliśmy na Karaibach, to barwna opowieść o naszym rodaku. Wątek ten z całą pewnością zasługuje na odrębną opowieść, do której mamy nadzieję kiedyś wrócimy.

Tymczasem trwały badania Roberta, który na bączku, wraz Patrykiem, podczas późnowieczornej bryzy, rozpoczął skanowanie morskiego dna…

Piotr Maszkowski, Igor Murawski

Ciąg dalszy nastąpi.

Polub i udostępnij:
Igor Murawski - badacz historii, publicysta, tłumacz literacki, przewodnik. Uwielbia rozwiązywać historyczne i archeologiczne zagadki. Podróżując poszukuje zaginionych skarbów i zapomnianych przez ludzi i czas miejsc. Pracuje nad kilkoma projektami, łączącymi pasję do historii z eksploracją.