Wyspa Skarbów. Część 6 – W poszukiwaniu wraków.

Rozpoczęliśmy wreszcie fazę poszukiwań. Czekało nas trudne wyzwanie – nie tylko chcieliśmy spenetrować wnętrze wyspy w poszukiwaniu jaskini ze skarbami, ale też spróbować odnaleźć ślady po hiszpańskich galeonach, które je tam przywiozły. Nasi nurkowie nie mogli się już doczekać zejścia pod wodę…

Na kotwicy w pobliżu Morne Espagnol.

Stoimy na kotwicy, więc obowiązują nas wachty. Większość załogi kładzie się wcześniej, świadoma potencjalnych trudów kolejnego dnia. My siedzimy jednak twardo na pokładzie i czekamy na powrót Roberta i Patryka. To nasz pierwszy, nieplanowany skan podwodny, który będzie też ważnym testem sprzętu. Wieczorną ciszę przerywa padający mocno deszcz, głośno bijący o pokład i daszek nad kokpitem. Myślimy oczywiście o Robercie i Patryku, którzy w tym momencie są na odkrytym pontonie, gdzieś w ciemnościach walcząc z prądem i ulewą. Wreszcie słychać pyrkający warkot silnika. Płyną. Od razu widać, że mimo zmęczenia i przemoknięcia są zadowoleni. Robert potwierdza, że znaleźli co najmniej jeden ciekawy obiekt. To dobrze. Wiemy, że sprzęt działa i że jesteśmy w stanie znaleźć wraki. Pytanie o to z jakiego są okresu musimy odłożyć na później.

Jedno ze wskazań sonaru.

Robert sprawdza urządzenia pomiarowe.

Następnego dnia ruszamy z Portsmouth na jedno z wytypowanych na podstawie XVIII wiecznej mapy miejsc. Niewielki fragment wystającej z morza skały u wybrzeża, parę mil na północ od wyjścia z portu od samego początku przykuł naszą uwagę. Wokół nowożytny topograf naniósł kilka symboli wraków, co było jednoznacznym dla nas tropem, wartym sprawdzenia przez nurków. Płyniemy z dala od brzegu i zdradzieckich, kryjących się pod wodą skał. Rozkoszujemy się zapierającymi dech widokami soczystej zieleni dżungli pokrywającej wyspę. Zanim jednak dopływamy do tajemniczego celu, do którego nawiguje nasza kapitan, po drodze postanawiamy spenetrować teren wokół Morne Espagnol.

Z wykrywaczem na plaży

U podnóża trójkątnego wzgórza wyraźnie majaczyło tuż nad powierzchnią wody charakterystyczne wyżłobienie. Chwilę obserwujemy je przez lornetkę, po czym podejmujemy szybką decyzję. Z daleka ewidentnie wyglądało to jak na filmach czy książkach o pirackich skarbach ukrytych w dokładnie takiej scenografii. Oczami wyobraźni przez chwilę widzimy wypełnioną kosztownościami pieczarę, do której nikt wcześniej oczywiście nie dotarł. Przez chwilę, której nie chcieliśmy sobie psuć, rozkoszujemy się tą wizją. Podpływamy nieco do brzegu. Rzucamy kotwicę, po czym spuszczamy ponton. Odpalamy silnik i ruszamy ku zalewanej falami nadmorskiej pieczarze. Wraz ze zbliżaniem się do tajemniczego otworu rosną emocje. Szybko jednak opadają. Gdy podpływamy bliżej, widzimy już tylko niestety efekt erozji, który spłatał nam wzrokowego figla. Wyżłobienie nie ma ciągu dalszego, a wgłębi jeno lity przodek. Nie wracamy jednak na jacht. Postanawiamy wylądować na odludnej plaży obok. Podchodząc do brzegu musimy uważać, by nie rozpruć o skały naszego bączka. Nie ma tu jednak złotego piasku, a jedynie drobne kamyki. Otoczenie jednak jest bajecznie tropikalne. Deszczowy las wylewa się ku morzu, pochylonymi ku niemu wierzchołkami palm. Wypakowujemy wykrywacze metali i postanawiamy przeczesać plażę w poszukiwaniu śladów po wrakach, które mogły się tu kiedyś rozbić oraz prawdopodobnej aktywności hiszpańskiej w najbliższej okolicy.

Ania i Patryk rozładowują sprzęt.

W takim terenie najlepiej na wykrywaczu metali radziła sobie mała sonda, tzw. “snajperka”.

Ania i Igor przeszukują plażę w Morne Espagnol.

Zasolenie wody w tym rejonie świata jest bardzo wysokie co może wpływać na stabilność pracy sprzętu. Na szczęście dysponujemy wykrywaczami najnowszej generacji, które potrafią zignorować wysoką mineralizację gruntu i większość problemów. Choć nic nie zakłóca ciszy, morze jest spokojne a ptaków w tym miejscu prawie nie słychać, pracujemy w słuchawkach, nie chcąc ominąć nawet najdrobniejszego sygnału. Praca w coraz większym upale nie jest łatwa. Skalista plaża jest nierówna i nie można zastosować dużej sondy, która pokryłaby większy teren dlatego trzeba użyć małej „snajperki” a to oznacza też mniejszy zasięg. Chodzi się wolno, często zsuwając się ze śliskich głazów, próbując przy tym ominąć chowające się wszędzie kraby. Choć teraz ból nie był odczuwalny, wkrótce nasze stopy zapłacą cenę za małe otarcia, wcieraną w nie sól i mikro ziarenka piasku. Niestety, nasze poświęcenie nie na wiele się zdaje. Mimo bardzo uważnego chodzenia, kilka wydobytych na powierzchnię sygnałów okazuje się być pozostałościami naszej współczesnej, śmieciowej cywilizacji. Nie dla nas złote dublony czy srebrne reale. Nie tym razem. Plaża i cały teren wokół ma jednak ewidentnie duży potencjał i robimy w głowie mentalną notkę by kiedyś tu wrócić. Robi się późno, wracamy na łódź nieco zawiedzeni, lecz szczęśliwi, mając niecodzienną okazję doświadczać niedostępnych dla większości doznań. Kończył się kolejny emocjonujący dzień. Na noc nie wracamy do portu, spędzamy ją na kotwicy w zatoczce Morne Espagnol. Kolejny ranek zaczynamy od dopłynięcia do naszej wrakowej skały. Trzysta lat dzielące nas od stworzenia mapy, to jednak szmat czasu. Albo topograf popełnił błąd w skalowaniu, albo zmian dokonał żywioł.

XVIII wieczna mapa z zaznaczonymi miejscami rozbicia się wraków.

Skała, na którą tyle czekaliśmy, okazała się ledwo wystawać z wody. Trudno sobie wyobrazić, by kilka wraków mogło się tu rozbić. Tak czy inaczej nasi nurkowie rozpoczęli podwodny rekonesans, który nie przyniósł specjalnych efektów. To pokazało w całej rozciągłości, jak wygląda próba weryfikacji tropów, wytypowanych z dystansu kilku tysięcy kilometrów. Pamiętamy jednak, że przecież przeprowadzamy pogłębiony rekonesans, mający na celu uściślenie konkretnych namiarów, poprzez ich stopniowe wykluczenie. To naturalna metodologia, która ma zastosowanie pod każdą szerokością geograficzną. Również kolejny etap miał to nam ukazać jeszcze dobitniej. Następny krok skierowaliśmy ku północno zachodniemu cyplowi wyspy. Tam czekał nas już bezpośredni trop związany z badaną przez nas historią. Gdzieś tam, wokół skały z daleka przypominającej mnisi kaptur (stąd nazwa „Capuchin Point”) miały się rozbić poszukiwane przez nas bogate galeony.

Capuchin Point. Gdzieś za tym punktem miały się rozbić hiszpańskie galeony…

Skała Kapucyna i Żaczek, czyli schodzimy pod wodę

Wiązało się to jednak z wpłynięciem w przesmyk pomiędzy Dominiką, a Gwadelupą, a więc niespokojne wody poddane wpływowi atlantyckich wiatrów i prądów. Na południu w podobnych warunkach było bardzo ostro, jak zatem będzie teraz? Wpływaliśmy na najbardziej zdradzieckie wody w regionie Karaibów, gdzie nawet bez burz i huraganów morze pochłonęło setki statków. My zaś mieliśmy skanować dno i na podstawie odczytów wytypować miejsca nie wszystkich, a jedynie interesujących nas wraków. Niestety, nie dysponowaliśmy statkiem hydrograficznym, a rzucaną falami łupiną. Żeglowanie momentalnie przemieniło się w walkę z żywiołem. Jeżeli mielibyśmy płynąć z punktu a do b, nie było większego problemu poza niemiłosiernym bujaniem. Podwodne skały, zdradzieckie prądy i ogromne fale rozbijane z dziką furią o strzeliste klify wykluczyły jednak możliwość prowadzenia jakichkolwiek prac podwodnych. Nasza jednostka zwyczajnie się do tego typu akcji nie nadawała, a i większa łódź w tych warunkach miałaby spore problemy. Co więcej, nawet duży statek badawczy w tej sytuacji nie pozwoliłby na zejście płetwonurków pod wodę. Pewnie bywa, że jest tu spokojniej, jednak, dwa kolejne dni, ani na jotę nie zmieniły sytuacji. Wiemy już, że zasadniczy trop podwodny, jest poza naszym zasięgiem. Od tego momentu skupiamy się na spokojniejszej części północno-zachodniego wybrzeża. Tu możemy realizować systematyczne skanowanie dna i weryfikowanie odczytów pod wodą przy pomocy płetwonurków. Robert z Patrykiem, ponownie ruszają na łowy i ponownie, raz za razem, przywożą odczyty sonaru, które świadczą o niebezpiecznej, wrakowej przeszłości tego fragmentu wybrzeża. Wyposażonym w podwodne wykrywacze Joannie i Arkowi, pracującym często do późna, nie zawsze udawało się znaleźć i potwierdzić anomalii.

Joanna i Arek.

Od lewej: Piotr Maszkowski, Arek Agaciak, Joanna Gilewicz, Patryk Muntowski.

Przyczyny były różne – gdy wskazanie było bliżej brzegu bardzo często przeszkadzały współczesne śmieci w postaci porzuconych drucianych koszy, które pewnie były pułapkami na ryby czy fragmentów blachy falistej, która zapewne wylądowała w morzu, gdy huragan „Maria” pustoszył Dominikę kilka lat wcześniej. Nie pomagała też bardzo bujna roślinność. Choć podwodny świat na Dominice jest wspaniały, z całą masą różnokolorowych ryb i egzotycznych roślin, to dla naszych nurków poszukujących śladów po rozbitych statkach, był on głównie niepotrzebną dystrakcją. Z kolei na nieco głębszej wodzie trudno im było manewrować wokół wielkich skał i w niektórych miejscach bardzo silnych prądów. Na szczęście kilka wskazań ze sprzętu Roberta okazało się być łatwe do namierzenia i zidentyfikowania. Nie było najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z nieznanymi wcześniej wrakami. Odpowiedź na pytanie o jakie jednostki chodziło pozostawiliśmy ewentualnym przyszłym badaniom prowadzonym przez władze Dominiki, którym przekazaliśmy precyzyjne namiary na nasze odkrycia. Na wizualizacji 3D wykonanej dla nas przez „Zeda” widać między innymi łańcuch i inne fragmenty jednego z wraków. W tej fazie operacji zadebiutował też nasz „nieludzki” członek wyprawy – zdalnie sterowany podwodny robot ROV (remotely operated vehicle), którego nazwaliśmy „Żaczkiem” na cześć słynnego Jaquesa Cousteau. To ciekawe urządzenie, sterowane z pokładu naszego katamaranu i pontonu przez Patryka, mogło zejść do głębokości 100 metrów i oddalić się od operatora na odległość 200 metrów. Wyposażone w kamerę o wysokiej rozdzielczości, nagrywało obraz na dysk przy jednoczesnym podglądzie na ekranie smartfona lub tabletu.

Bajkowy świat podwodnej Dominiki.

Montujemy Żaczka.

Skrzydlica, która wdzięczyła się do obiektywu Joanny.

Wizualizacja 3D jednego ze znalezisk. Widoczny fragment bardzo grubego łańcucha oraz inne elementy statku.

Żaczek w swoim żywiole.

Nasze intensywne działania przyciągnęły w końcu uwagę tubylców. Choć mieliśmy wszelkie pozwolenia i prowadziliśmy badania w pełni legalnie, nie zależało nam na tym by stać się lokalną atrakcją. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że często w ten sposób rodzą się plotki i spiskowe teorie o poszukiwaczach, którzy nie wiadomo co znajdują, wywożąc odkryte skarby w siną dal. Z drugiej jednak strony wiedzieliśmy też, że kontakty z tubylcami mogą zaowocować ciekawymi informacjami. Tak też było i tym razem. Od miejscowych rybaków, którzy dopłynęli do naszego jachtu na przemyślnie zbudowanej mini tratwie, dowiedzieliśmy się o miejscu zalegania niektórych wraków i pozostałościach po hiszpańsko-angielsko-francusko-pirackich bataliach o to skaliste terytorium. Rzeczywiście w rejonie odkrywano czasem działa, kotwice i kule armatnie, tak jak przewidywaliśmy to przed wyjazdem.

Miejscowi rybacy, którzy udzielili nam cennych informacji.

Piotr i Igor nad mapą interioru.

Niewątpliwie więc trop podwodny wokół Dominiki był ciekawy i obiecujący, ale my byliśmy tu przecież po to by spróbować odkryć ślady mogące nas doprowadzić do skarbca w jednej z jaskiń na lądzie. Gdy nasi nurkowie kontynuowali weryfikację sonarowych wskazań, my pochylaliśmy się już nad dokładnymi mapami wyspy, zastanawiając się, którędy przeprowadzić nasz główny atak na zielony i skalisty interior. Rozpoczynał się najważniejszy etap naszej ekspedycji – rekonesans we wnętrzu prawdziwie tropikalnego lasu deszczowego o stromych wzniesieniach, przesyconym wilgocią i wszechobecną duchotą. Zapewne też pełnego licznych niebezpieczeństw dzikiej przyrody, o których tyle się naczytaliśmy. Tam jednak kryły się nasze jaskinie…

Piotr Maszkowski, Igor Murawski

Ciąg dalszy nastąpi.

Polub i udostępnij:
Igor Murawski - badacz historii, publicysta, tłumacz literacki, przewodnik. Uwielbia rozwiązywać historyczne i archeologiczne zagadki. Podróżując poszukuje zaginionych skarbów i zapomnianych przez ludzi i czas miejsc. Pracuje nad kilkoma projektami, łączącymi pasję do historii z eksploracją.