Z archiwum “Poszukiwaczy”: Skarby na hałdach – detektoryści, archeolodzy i utracone zabytki.

Prawie w całym kraju trwają intensywne badania archeologiczne. Budowa kolejnych odcinków autostrad, dróg szybkiego ruchu oraz nowe inwestycje budowlane w wielu polskich miastach to tylko niektóre przyczyny tego archeologicznego boomu.

Z jednej strony należałoby się oczywiście cieszyć, że dzięki nowym badaniom odkryte zostaną nieznane dotąd karty polskiej historii. Czy jednak ilość na pewno równa się jakości? Jak w rzeczywistości wyglądają takie badania, jakie są ich rezultaty i co oznaczają dla polskich poszukiwaczy-detektorystów? Przyjrzyjmy się z bliska miejskim badaniom archeologicznym i spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

Wykopaliska w dużym mieście prowadzone są często jednocześnie w kilkunastu różnych punktach. Najczęściej nie prowadzi ich jedna instytucja, lecz różne firmy archeologiczne, które zostały w tym celu wynajęte przez inwestorów. Część badań prowadzona jest zwykle przez miejskie muzeum archeologiczne, część przez podwykonawców wynajętych przez to muzeum, a część przez niezależne firmy, które same zdobyły zlecenia od inwestorów. Ponieważ według polskiego prawa inwestor jest zobowiązany do przeprowadzenia badań, w odpowiedzi na boom budowlany w naszym kraju powstała znaczna liczba prywatnych firm archeologicznych, które uzupełniają skromne możliwości muzealników.

Teoria jednak dość znacznie mija się z praktyką, gdy uświadomimy sobie, że w interesie inwestora leży jak najszybsze rozpoczęcie budowy i przeznaczenie jak najmniejszych środków na obowiązkowe wykopaliska. Ponieważ firm archeologicznych jest wiele i konkurują one ze sobą o nowych klientów oraz lukratywne kontrakty, inwestorowi nietrudno znaleźć wykonawcę, który podejmie się przeprowadzenia prac na „kompromisowych” warunkach. To siłą rzeczy oznacza w miarę szybkie tempo i stosunkowo niski koszt za metr kwadratowy badanego terenu.

W teorii mamy więc sprawnie działający system, w którym inwestor płaci archeologom – obojętnie, czy pracującym dla instytucji państwowej, czy prywatnej, jednak w obu wypadkach dobrze wykwalifikowanym – za przeprowadzenie rzetelnych badań przed rozpoczęciem prac budowlanych. Niestety, bardzo często podczas takich badań miejskich standardem jest używanie koparek i spychaczy na wykopaliskach, szybkie rysowanie profili i pośpieszne katalogowanie odnajdywanych zabytków.

Te ostatnie trafiają się najczęściej przypadkowo zatrudnionym pracownikom fizycznym, bez których niemożliwe byłoby prowadzenie jakichkolwiek prac. Problem jednak w tym, że kopacz zarabia stosunkowo mało (w chwili pisania tego artykułu ok. 10 zł brutto za godzinę) i często nie ma pojęcia o randze prowadzonych prac, o zabytkach czy też o obowiązku ich ochrony. Nic więc dziwnego, że bagatelizuje znaleziska, a czasem wręcz próbuje wynieść je z terenu wykopalisk, licząc zapewne na szybki zysk. Tak oczywiście zachowują się tylko nieliczni, ale jest to bezpośredni skutek zatrudniania taniej i nieprzeszkolonej siły roboczej.

Na szczęście sporą grupę stanowią doświadczeni detektoryści. W zależności od terenu badań taki poszukiwacz znajduje dziennie kilkadziesiąt metalowych przedmiotów, które nie mogłyby zostać odkryte w żaden inny sposób. Niestety, tempo prac i niewyobrażalna wręcz ilość koniecznej do przeszukania ziemi sprawiają, że tylko część zabytków udaje się uratować. Na coraz większej liczbie wykopalisk pojawiają się osoby używające wykrywaczy metali, których zadaniem jest „wychwytywanie” zabytków z ziemi wybranej przez pracowników lub z hałd usypanych przez koparki i spychacze, przygotowanych do wywiezienia. Problem w tym, że operatorzy wykrywaczy to tylko czasem archeolodzy, a nierzadko osoby, które mają nikłe pojęcie o specyfice pracy z detektorem.

Co dzieje się z resztą i czemu zatrudnieni detektoryści nie wychwytują wszystkiego? Załóżmy, że pracujemy w wykopie o wymiarach 15 metrów długości na 10 metrów szerokości, gdzie ścianki mają około 1,5 metra wysokości. To bardzo duża powierzchnia do przeszukania, na której poszukiwacz powinien używać jedynie trybu all-metal (brak dyskryminacji), bo przecież istotny może być jakikolwiek przedmiot metalowy, w tym żelazne okucia drzwi, zamki, podkowy itp.

Dodatkowo podczas badań miejskich, oprócz potężnej liczby sygnałów, sprawę utrudniają zakłócenia spowodowane dużą ilością budowlanych śmieci oraz różnorodnym sprzętem mechanicznym działającym na wykopie. Detektorysta siłą rzeczy zmuszony jest do podzielenia swojego czasu pracy na sprawdzanie wykopu i pracę na hałdach. Ze względu na ciągły pośpiech odpada również poszukiwanie w trybie all-metal i konieczne staje się włączanie dyskryminacji, by spróbować uratować przynajmniej przedmioty z metali kolorowych, co już samo w sobie jest częściowym zaprzeczeniem istoty badań archeologicznych. Dyskryminacja metali niesie ze sobą dodatkowe trudności – możemy być pewni, że ze względu na obfitość żelaznego złomu wiele przedmiotów kolorowych zostanie po prostu zamaskowanych i będzie niewidocznych dla wykrywacza.

Gdyby zatrudniony poszukiwacz miał możliwość dokładnego i systematycznego przeszukiwania całego takiego wykopu, czyli sprawdzania sygnałów w warstwie 10–30 cm, problemu by nie było. Niestety w rzeczywistych warunkach badania prowadzone są niezwykle szybko, a koparka bardzo często wybiera kilkumetrowe warstwy ziemi, które następnie usypywane są w wysokie hałdy przeznaczone do wywozu. Częściowo pomaga praca przy użyciu sondy-snajperki (miniaturowej i bardzo czułej cewki), niezbędnej na trudnym terenie miejskich wykopalisk. To rozwiązanie z kolei sprawia, że poszukiwania jeszcze bardziej się wydłużają ze względu na niewielką średnicę takiej cewki.

Z kolei poszukiwania zabytków na hałdach to dosłowny wyścig z czasem, bo koparka bez przerwy dosypuje ziemię, a przecież wszyscy wiemy, jak stosunkowo niewielki zasięg mają nasze urządzenia. Oczywiście można próbować rozgarniać ziemię, ale tylko pod warunkiem, że hałda jest stabilna. Tymczasem hałdy rosną w błyskawicznym tempie (na niektórych wykopaliskach osiągają nawet 8 metrów wysokości), a na domiar złego urobek jest stale ładowany na ciężarówki i wywożony. Jak widać, praca na wykopaliskach bywa dla poszukiwacza w równym stopniu fascynująca, co frustrująca.

Co można więc zrobić, aby w tak trudnych warunkach – gdzie tempo i metody de facto dyktuje inwestor, a na wykopaliska patrzy się przez pryzmat kosztów, a nie jakości prac – uratować więcej zabytków? Odpowiedź nasuwa się sama: należy zatrudnić więcej detektorystów lub umożliwić im legalne odzyskiwanie zabytków z wywożonej ziemi.

O ile argument przemawiający za niewpuszczaniem na teren prac nieprzeszkolonych osób jest racjonalny ze względu na konieczność uchwycenia kontekstu stratygraficznego, o tyle zabranianie detektorystom przeszukiwania wywożonej ziemi jest wręcz niezrozumiałe.

Ziemia wywożona z wykopalisk bywa używana pod fundamenty budynków, służy do utwardzania dróg czy niwelowania prywatnych działek. Czasem, gdy brakuje pomysłu na jej zagospodarowanie, bywa po prostu zrzucana do rzeki. Dla archeologów ziemia ta dosłownie przestaje istnieć z chwilą załadunku na wywrotkę. Nawet poza terenami miejskimi urobek ze stanowisk jest bezpowrotnie usuwany.

Dobrym przykładem jest Nowa Cerekwia na Opolszczyźnie, gdzie ziemia z górnej warstwy celtyckiej osady, kilkakrotnie badanej przez archeologów (pierwsze wykopaliska prowadzono jeszcze przed II wojną światową), została przemieszana ze znajdującymi się na obrzeżach hałdami wydobywczymi pobliskiej kopalni bazaltu.

Dzięki poszukiwaczowi i pasjonatowi kultury celtyckiej, który od drugiej połowy lat 90tych cierpliwie przeszukiwał te hałdy, udało się uratować wiele zabytków wyrzuconych wraz z ziemią, a przede wszystkim – zainteresować sprawą archeologów. Ci z kolei, wraz z zaproszonymi do projektu detektorystami, po raz pierwszy przeszukali właściwy teren osady wykrywaczami metali, znajdując mnóstwo cennych celtyckich przedmiotów, w tym znaczne liczby srebrnych i złotych monet.

Tymczasem detektoryści penetrujący hałdy wywiezionej ziemi, zanim zostaną one zużyte w celach budowlanych, bywają traktowani i ścigani przez służby niemal jak przestępcy. Czy wynika to ze sztywności przepisów, czy może niektórym archeologom trudno przyznać, jak wiele zabytków bezpowrotnie wyjeżdża ze stanowisk? Co jest złego w tym, że pasjonat poświęcający prywatny czas i środki ratuje niezliczone monety, zapinki, plomby, guziki i inne przedmioty codziennego użytku z ziemi, która w najlepszym wypadku skończy w czyimś ogródku, a w najgorszym na dnie rzeki? Wyobraźmy sobie sytuację, w której za 100 lat archeolodzy badają teren, na który zrzucono taką ziemię, sprawdzają fundamenty rozebranego budynku i pod nimi znajdują przemieszane zabytki z XVII wieku. Jakie wnioski wyciągną? Gdzie podział się w tym momencie kontekst?

Wydaje się więc, że postulat detektorystów, by pozwolić im badać wywożoną z wykopalisk ziemię, jest w pełni racjonalny i realnie służy ochronie dziedzictwa. W wielu krajach z powodzeniem działają programy współpracy między zorganizowanym wolontariatem a środowiskiem naukowym. Większość poszukiwaczy chciałaby mieć możliwość legalnego zgłaszania znalezisk, aby mogły zostać zidentyfikowane, zweryfikowane i skatalogowane przez specjalistów. Najwyższy czas, by w naszym kraju powstała ogólnodostępna baza danych, w której rejestrowano by zabytki ratowane przed zniszczeniem przez pasjonatów.

Na koniec tych rozważań warto przekazać kilka praktycznych wskazówek dla osób pragnących przeszukiwać hałdy. Zacznijcie od rozmowy z kierownikiem badań archeologicznych – niewykluczone, że biorąc pod uwagę tempo prac i masę wywożonego urobku, zgodzi się on na wasz udział w charakterze wolontariusza lub (rzadziej) formalnie zaangażuje was jako operatora wykrywacza. Jeśli porozumienie nie będzie możliwe, pozostaje zlokalizowanie miejsc legalnego zrzutu ziemi. Podczas poszukiwań na hałdach zamiast typowej saperki przydatne bywają niewielkie, solidne grabie do rozgarniania luźnego urobku. Pamiętajcie, że zasięg detektora na drobne monety jest ograniczony, dlatego hałdę należy sprawdzać warstwowo. Ze względu na gruz i liczne śmieci najlepiej sprawdza się lekki detektor na kolorową drobnicę ze snajperką. Wśród urobku trafiają się potłuczone szkło, druty i ostre blachy, dlatego niezbędne są solidne rękawice ochronne.

Życzę wielu fascynujących odkryć na „zapomnianej ziemi” oraz zmian w prawie, które zamiast penalizować zaangażowanie, zaczną doceniać wiedzę i wkład polskich poszukiwaczy.

Peregrin

PS Wszystkie fotografie w tym artykule przedstawiają autentyczne znaleziska z hałd i innej „zapomnianej ziemi”. Dziękuję wszystkim poszukiwaczom za udostępnienie materiałów dokumentacyjnych. Z oczywistych względów autorzy zdjęć pozostają anonimowi.

Powyższy artykuł ukazał się w roku 2009, w numerze 3 magazynu “Thesaurus News”, który dostępny jest tu: https://poszukiwacze.org/wersja-online/

About admin 500 Articles
Igor Murawski - badacz historii, publicysta, tłumacz literacki, przewodnik. Uwielbia rozwiązywać historyczne i archeologiczne zagadki. Podróżując poszukuje zaginionych skarbów i zapomnianych przez ludzi i czas miejsc. Pracuje nad kilkoma projektami, łączącymi pasję do historii z eksploracją.