Horn – Przylądek Strachu

P2250223

Nieskończenie głęboką, gęstą, czarną ciemność rozświetla tylko mdła poświata moich świateł nawigacyjnych i ostre błyski odległych latarni. Księżyc zaszedł przed kwadransem, co pogłębiło wrażenie osamotnienia. Do tego to cholerne światło nawigacyjne na maszcie na rufie, które swoim blaskiem oślepia. Nie wyłączam go, żeby chilijska Armada nie pomyślała, że coś mi się stało. Otępiały jestem. Myśli kłębią się w głowie jak wrzucone do starej betoniarki. Ile można wytrzymać bez snu? Nie wiem. Dużo. Kiedyś nie spałem przez pięć dni. Ale to było w sztormie. Wtedy było to dużo. Teraz jestem skatowany po trzech. Nawet niecałych. Zaraz, ile to dni i nocy już płynę? Wszystko mi się miesza… Dzień, noc dzień, druga noc. Teraz jest druga noc. Drugi dzień już się skończył. Już nie wiem w takim razie, czy to dużo, czy mało. Dwie doby. To raczej mało. Więc dlaczego jestem tak zmęczony? Dziesięć lat temu może byłoby to mało. Starzeję się… Jest cisza. Teraz. Względna. Basem pomrukuje silnik. Fale chlapią. Z cichym pluskiem rozbijają się o dziób pontonu. Rzut oka na zegary – 5 węzłów. Za szybko. Za szybko, jak na noc, brak widoczności, niepewność pozycji, góry lodowe, skały, brak snu, całą tą sytuację. Cholera! Nie wiem gdzie jestem! No niby wiem – Brazo Noroeste, ale gdzie jest wejście na kanał Beagle? Powinno być gdzieś tutaj! Miotam się po powierzchni fiordu. Pionowe ściany schodzą wprost do wody. Piętrzą się w ciemności nade mną – niemi świadkowie, którzy niejedną tragedię mogliby opowiedzieć. Bardziej je wyczuwam, niż widzę. Jeszcze ciemniejsze cienie w całkowitej ciemności. Gęsta ciemność, która się materializuje tuż przede mną. Zmuszam się do myślenia, zmuszam się do kombinowania, do otwierania oczu, niemalże zmuszam się do oddychania. Oczy pieką strasznie. Co chwila tracę świadomość – oczy otwarte, ale odjeżdżam. Nie jestem pewien pozycji, więc nie mogę włączyć autopilota – za wąsko. Na kotwicę za głęboko – ponad 100 metrów. Co pewien czas muszę opływać ogromne ławice brunatnic. Jak w nie wpływam, silnik zmienia głos – śruba zaczyna nawijać skórzaste liście. Wtedy manetka w dół, zetka*do góry, zapalam światło na rufie i powolutku, wrzucam wsteczny bieg – śruba się uwalnia. Trzymając ją tuż pod powierzchnią wody idę bardzo wolno naprzód. Wpływam na czystą wodę. Opuszczam zetkę i lekko dodaję gazu. GPS*wskazuje pozycję, ale według niego już jestem na brzegu.

P2160158

– Mucha mierda!!!!– wrzeszczę w ciemność. Sen i otępienie nie odchodzi.

Zmęczenie bierze górę. Wiem, że nie mogę się poddać, ale nie mam już siły. Jak się w tym stanie rozbiję, to mam niewielkie szanse na przeżycie. Nie wiem, czy przez te cholernie wysokie, pionowe ściany przebije się sygnał z EPIRB-a*. Pewnie nie. A nawet jeśli, to ile czasu minie, zanim ktoś się pojawi? Godziny? Dni? Woda ma kilka stopni. Ściany pionowe. Nie dam rady. Przypominam sobie teraz o tratwie ratunkowej, wciśniętej między obudowę silnika a siedzenie… Jest nadzieja. Ale spać się i tak chce… biję się z całej siły po twarzy. Kaptur sztormiaka łagodzi uderzenia. Otwartą dłonią biję się po udach. Stoję już przy sterze, bo na siedząco dawno bym usnął. Ale to też przestało działać. Nogi uginają się pode mną. Nie wiem kiedy padam na pokład. Upadając wyciągam zrywkę – silnik po paru sekundach milknie. Uderzyłem się o zbiornik paliwa przywiązany do pokładu i to mnie budzi. Ze dwie minuty nie chce się spać. Gdzie ten cholerny Beagle! Wydaje mi się, że kręcę się w kółko. Nie wiem, czy nie jest tak naprawę. Przed dziobem co chwila wyrastają ciemne kontury skał. Sen, czy jawa? Na wszelki wypadek kręcę sterem jak oszalały. W pewnym momencie tracę świadomość. Jest mi już wszystko jedno. Wszystko znika. Przychodzi sen. Przestałem się bronić. Właściwie to nie sen. Majaki. Omamy gwałconego umysłu. Ostatnim przebłyskiem świadomości sięgam do przełącznika autopilota. Lornetka. Latarnie. O co chodzi? To ma jakiś związek… skup się… światło… kompas… światło… już nie wiem gdzie jestem. Tutaj? Tam? Wszystko się miesza, znika. Odchodzi w głąb, zapada się… namiar… mapa… lor…

Budzi mnie przeczucie czającego się w ciemności niebezpieczeństwa. Wiem! Lornetka! Z kompasem. Wezmę, namiary, odczytam charakterystykę i wyznaczę pozycję na mapie. Odnajdę się i dalej będzie już łatwiej. Nie wiem jak długo spałem. Chyba kilka sekund, ale umysł pracuje jak po dużej dawce amfy. Przez chwilę. Szybko zabieram się do roboty – lornetka wisi na polerze. Podnoszę ją do oczu i celuję na pierwsze światło. Błysk nagle znika, przesłonięty czymś czarnym. Sekundę później kadłub z hukiem i zgrzytem wyjeżdża na skały! Żeby to był sen! Ale tym razem to się dzieje naprawdę… Wszystko, całe przygotowania, lata marzeń… wszystko w sekundę przelatuje przed oczami…

Tekst i zdjęcia – Arkadiusz Pawełek

*Zetka – przekładnia montowana na pawęży łodzi motorowej, przekazująca napęd z silnika na śrubę. Zetkę można podnosić i opuszczać oraz obracać na prawo i lewo, co pozwala na trymowanie łodzi i sterowanie nią. W łodziach wyposażonych w zetkę nie montuje się steru.

*GPS – Global Positioning System – System nawigacji satelitarnej; odbiornik elektroniczny pokazujący na ekranie współrzędne geograficzne, w którym urządzenie się znajduje. Niektóre modele wyposażone są w mapy wbudowane w pamięć urządzenia. Pozycja obliczana jest na podstawie sygnałów odbieranych z sieci satelitów systemu GPS. Mapy papierowe (tradycyjne) muszą być skalibrowane do pracy z GPS – muszą być opracowane w odpowiednim układzie odniesień, np. WGS84 – najczęściej spotykany.

*EPIRB – Emergency Position Indicating Radio Beacon – Satelitarna radioboja ratunkowa. Urządzenie do wzywania pomocy, wysyłające sygnały do satelitów krążących na orbicie. Satelita, po odebraniu sygnału wzywania pomocy, przekazuje go do naziemnego centrum koordynującego akcję ratunkową, podając pozycję jednostki oraz jej kod wywoławczy.

P2250225

Podobne wpisy: