Archeolodzy i poszukiwacze, okiem archeologa

jon1

 

(TRUDNA) MIŁOŚĆ CZY MAŁŻEŃSTWO Z ROZSĄDKU?

Archeolodzy i poszukiwacze skarbów.

Co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje o rabunku stanowisk archeologicznych i nielegalnych poszukiwaczach, niszczących z chęci zysku lub zwykłej niewiedzy dziedzictwo kulturowe naszego kraju. Zazwyczaj dzieje się to przy okazji ujęcia przez organa ścigania takiego przestępcy. Problem jednak jest – jak to zwykle bywa – o wiele bardziej skomplikowany niż wynikałoby to z krótkich relacji medialnych. I wcale nie jednoznaczny.

Sednem tego problemu jest fakt, że rabunek1 stanowisk archeologicznych w Polsce prowadzony jest na ogromną skalę. Skalę daleko wychodzącą poza pojęcie zdecydowanej większości archeologów i pracowników służb konserwatorskich. Archeolodzy pracujący w Polsce na co dzień spotykają się z niedowierzającym pytaniem swoich niearcheologicznych znajomych: „Kopiesz
w Polsce? Nie w Egipcie?? To tutaj można cokolwiek znaleźć???”. Otóż można. Sęk jednak w tym, że nie tylko archeolodzy znajdują. Ba, liczebnie są w zdecydowanej mniejszości. Kilkadziesiąt, a może nawet już około stu tysięcy poszukiwaczy – pasjonatów z wykrywaczami metali – przemierza kraj wzdłuż i wszerz przez wszystkie dni w roku, kiedy grunt nie jest bardzo zmarznięty. Ich potencjał – liczba osobodni spędzonych w terenie – wielokrotnie przerasta potencjał archeologów w tym zakresie. Nie dziwota więc, że i wyniki mają imponujące. Nie chwalą się nimi jednak zbyt chętnie mając świadomość grożących im sankcji prawnych. Z tego właśnie powodu znakomita większość archeologów i konserwatorów pozostaje w błogiej nieświadomości odnośnie do skali całego zjawiska.

jon2

I tak dwie grupy ludzi, których działalność – legalna bądź nie, jednakowoż cały czas prowadzona – pozostaje ze sobą w ścisłym niekiedy związku, omijają się nawzajem szerokim łukiem, nierzadko żywiąc przy tym do siebie dużą niechęć, a co najmniej głęboką nieufność. Taki stan rzeczy utrzymuje się od momentu wprowadzenia na polski rynek wykrywaczy metali, czyli od około 30 lat. Cierpi na tym przede wszystkim nauka. Ilość zabytków pochowanych głęboko po szufladach, czy sprzedanych za granicę, które bezpowrotnie przepadły jako źródło naukowej, często rewolucyjnej informacji jest trudna do oszacowania, ale z pewnością przerasta – liczebnie i jakościowo – stan posiadania niejednego muzeum.

Ten impas milczenia zmienić może jedynie nawiązanie współpracy pomiędzy środowiskami archeologów i poszukiwaczy. Nie jest to proste między innymi dlatego, że oba te środowiska są niesłychanie zróżnicowane wewnętrznie i wachlarz poglądów na temat potrzeb i możliwości nawiązania takiego dialogu jest przeogromny.

Zacznijmy od archeologów. Aby zilustrować stopień zawiłości sprawy dość powiedzieć, że nie są archeolodzy w stanie wypracować wspólnego stanowiska w kwestii samego sprzętu, jakim jest wykrywacz metali. Obok tych, którzy uważają wykrywacz za narzędzie absolutnie niezbędne w pracach prowadzonych na stanowiskach archeologicznych młodszych od epoki kamienia, a jego brak na wykopaliskach za duży błąd metodyczny, nie brak i takich, którzy uważają ten sprzęt za zbędny, czy wręcz szkodliwy. Ci ostatni zakładają, że po usłyszeniu sygnału zalegającego w ziemi przedmiotu badacz zapomina o bożym świecie wraz z podstawowymi zasadami własnego zawodu
i natychmiast wykopuje „zasłyszany” zabytek tracąc przy tym informacje o kluczowym dla archeologa kontekście jego zalegania
2. Znane są przypadki, w których sprawujący funkcje kierownicze archeolodzy nie dość, że sami nie używali detektorów podczas swoich badań, to także zabraniali tego swoim podwładnym oraz takie, kiedy to konserwator zabytków wydając pozwolenie na badania archeologiczne zakazywał jednocześnie stosowania tego narzędzia. Smutne trochę (a może przeciwnie – zabawne), że sami o sobie mamy tak kiepskie zdanie. Konieczność użycia wykrywacza metali nie jest więc wcale dla wszystkich tak oczywista, jak konieczność użycia łopaty, szpachelki, czy pędzelka. Spory wokół „wewnątrz archeologicznego” problemu w kwestii zasadności stosowania wykrywaczy metali podczas badań z pewnością pomogłoby rozwiązać upowszechnienie informacji o tysiącach zabytków wydobywanych przez poszukiwaczy z hałd pozostałych po badaniach archeologicznych.

jon3

Kolejnym problemem, już nie absurdalnym, ale zdecydowanie poważniejszym, jest kwestia poglądów na temat ewentualnych kontaktów ze środowiskiem poszukiwaczy. Wielu archeologów obawia się, że wykazując zainteresowanie poszukiwaczami, ich działalnością i znajdowanymi przez nich przedmiotami zachęcą ich tym samym do dalszego pozyskiwania zabytków archeologicznych. Prawdą jest, że najlepiej by było aby każdy zabytek był wyciągnięty z ziemi przez archeologa. Teoretycznie większość przedmiotów znajdowanych przez poszukiwaczy pochodzi z warstwy ornej, czyli kontekst ich zalegania w większości (ale nie w całości!) uległ już zniszczeniu. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy archeolog wolałby sam przedmiot z ziemi wydobyć i osobiście poczynić wszelkie obserwacje. I nie jest to życzenie bezzasadne, czy wypływające z zarzucanej niekiedy archeologom mentalności przysłowiowego psa ogrodnika. Uczony tego przez lata fachowiec wie po prostu, na co zwrócić uwagę – potrafi odróżnić naturalny humus od warstwy kulturowej (nawet przeoranej), będzie przyglądał się zalegającym w tejże ziemi innym przedmiotom, nie tylko metalowym, zaobserwuje ewentualne ułamki ceramiki, czy przepalone ludzkie kości. Będzie wiedział, jak ważne jest dokładne zlokalizowanie wszystkich znalezionych przedmiotów połączone
z nanoszeniem znalezisk na dokładną mapę (plan stanowiska). Zlokalizowanie zdecydowanie dokładniejsze niż określenie typu „no, z tego pola”. W sytuacji optymalnej archeolog powinien być obecny przy każdym zabytku wydobywanym z ziemi. Problem jednak w tym, że jest to niemożliwe. Poszukiwaczy jest zbyt wielu, często na zabytki archeologiczne trafiają przypadkiem i sami są tym zaskoczeni. A nie ma się co łudzić, że ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie ograniczyć ich działalność.

Kolejnym argumentem, wypływającym z powyższego rozumowania, podnoszonym przez archeologów jest fakt, że zabytek wyciągnięty z ziemi przez niefachowca został tym samym wyrwany z kontekstu, co obniżyło w znacznym stopniu jego wartość naukową, lub – w przypadku bardziej skrajnych opinii – uczyniło go dla nauki zupełnie bezwartościowym. Z tego właśnie notorycznego pozbawiania zabytków wartości naukowej wypływa w znacznym stopniu niechęć archeologów do poszukiwaczy. I choć momentami jest ona doprowadzana do absurdu zawiera w sobie też ziarno zasadności. Ostudziwszy jednak emocje i zdawszy sobie sprawę z tego, że nie ma możliwości zapobieżenia temu procederowi pozostaje odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem sam kontekst bez zabytku nie jest dla nauki jeszcze bardziej bezwartościowy niż zabytek bez kontekstu. I czy zamiast dążyć do nierealnego ograniczenia działalności poszukiwaczy nie jest lepiej dla nauki skorzystać z ogromnego potencjału informacji o historii i prahistorii Polski, jakie poszukiwacze mniej lub bardziej świadomie pozyskują każdego dnia.

Środowisko poszukiwaczy jest również silnie zróżnicowane. Zdecydowana większość z nich realizuje przez prowadzone poszukiwania swoją pasję – zainteresowanie historią, militariami, przeszłością własnego regionu, czy choćby banalne przyglądanie się wszystkiemu temu, co ludzie kiedyś zgubili. Wielu spośród nich nie sposób odmówić szczerości intencji i ogromnej wiedzy. Są wśród poszukiwaczy ludzie, którzy sami szukają danych na temat znalezionych na własnym terenie zabytków i starają się je ratować. Zdobywają informacje o tym, co już zostało zniszczone, a o czym archeolodzy nigdy by się nie dowiedzieli. Często za własne pieniądze wykupują zabytki by je docelowo przekazać instytucji naukowej wraz z całą zdobytą wiedzą o okolicznościach znalezienia. Warto przypomnieć, że kupując od innego, mniej szlachetnego poszukiwacza zabytek, będący zgodnie z prawem własnością Skarbu Państwa, sami stają się, zgodnie z tym samym prawem, paserami. I szczerość intencji, a nawet zdrowy rozsądek, nie mają tu decydującego znaczenia. Są też poszukiwacze, którzy znalazłszy przypadkowo zabytek archeologiczny i znając jego znaczenie dla dziedzictwa kulturowego próbują skontaktować się z archeologami, aby oddać znalezisko odpowiedniej instytucji. Inni w podobnej sytuacji chętnie wskazaliby miejsce znalezienia i udostępnili znaleziony przedmiot do opracowania, ale nie chcieliby się go pozbywać. Jeszcze inni woleliby nigdy żadnego archeologa osobiście nie spotkać i pozostać anonimowym poszukiwaczem, a znaleziony zabytek bardzo chętnie oddaliby natychmiast odpowiednim służbom, najlepiej przez pośrednika i wymazawszy szybko całe zdarzenie z pamięci cieszyliby się, że zdołali dobrze się ukryć i tym samym uniknąć jakichkolwiek problemów. Kolejna grupa wśród poszukiwaczy to ludzie, którzy znają wartość naukową i materialną znalezionych przez siebie zabytków i byliby skłonni oddać je instytucji naukowej, oczekując jednak jakiejś gratyfikacji finansowej. Ostatnim już gronem wśród poszukiwaczy będących dla archeologów potencjalnym źródłem informacji, są ludzie, którzy nie mają pojęcia
o archeologii i znajdując przypadkiem zabytki po prostu je wyrzucają bez świadomości, co właściwie znaleźli. Zdanie wypowiedziane na widok fotografii zabytku „O! Ja też coś takiego kiedyś znalazłem, ale wywaliłem, bo myślałem, że to śmieć.” również jest dla archeologa informacją, którą nie powinien pogardzić. Bez względu na to, jak bardzo bolałaby go jej niepełność.

jon4

Oprócz postaw opisanych powyżej jest też wśród poszukiwaczy grupa ludzi, którzy doskonale zdają sobie sprawę ze wszystkich niuansów nauki, ale ich celem nie jest poszerzanie wiedzy, a zwykłe szabrowanie stanowisk archeologicznych z premedytacją i pełną świadomością własnego postępowania. Taka postawa, nawet jeśli reprezentowana przez stosunkowo niewielki procent poszukiwaczy, rzuca jednak głęboki i bardzo mroczny cień na całą społeczność.

Świadomość działalności złodziei nie powinna jednak być powodem do zaniechania prób wypracowania metod współpracy z tymi, którzy – mniej lub bardziej chętnie i na różnych warunkach – mogliby stać się cennym źródłem informacji. Nie ma tu co prawda prostych i łatwych rozwiązań. Bardzo możliwe również, że bez zmian w obowiązujących przepisach prawnych i bez prób poskromienia czarnych owiec wśród poszukiwaczy idea współpracy będzie odbijać się od ideologicznej ściany. Wypracowanie „reguł gry” to zadanie niełatwe, wymagające dużego wysiłku i długiej pracy. Jednakowoż absolutnie konieczne.

Archeolodzy i konserwatorzy też nie zawsze stają na wysokości zadania. Doświadczył tego niejeden poszukiwacz, który natrafiwszy przypadkiem na zabytek i zdając sobie sprawę z jego wartości naukowej próbował znaleźć archeologa, który udałby się z nim na miejsce znalezienia  i odpowiednio je zabezpieczył. Jeśli poszukiwacz był wystarczająco cierpliwy i uparty doprowadzał do tego czasami po wielu tygodniach, miesiącach, niekiedy latach. I nawet pełna świadomość ograniczeń wynikających ze szczupłości kadrowej i mizerii finansowej wielu placówek naukowych, muzealnych i konserwatorskich nie pozwala na pogodzenie się z takim stanem rzeczy. W wielu też wypadkach archeolodzy nie posiadają wiedzy na temat obowiązującego prawa, nie wiedzą, kiedy znalazcy przysługuje nagroda i jak wnioskować o jej przyznanie. Panująca w środowisku opinia o poszukiwaczach jako „źle wcielonym” co prawda tłumaczy niechęć archeologów do przyznawania poszukiwaczom nagród, ale absolutnie jej nie usprawiedliwia.

Jedną z nielicznych instytucji, ale na szczęście nie jedyną, której pracownicy starają się poprawić obecną sytuację, jest Instytut Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wielu pracowników IA UW od lat stara się o nawiązanie współpracy pomiędzy archeologami a poszukiwaczami. Z bardzo pozytywnym skutkiem. W kilku ekspedycjach IA UW biorą udział „zaprzyjaźnieni” poszukiwacze, którzy dysponują sprzętem, a przede wszystkim – i to trzeba wyraźnie podkreślić – umiejętnościami, które przeciętny archeolog może tylko podziwiać. Obsługa wykrywacza metali nie jest bowiem wcale prosta i dobre opanowanie jednego spośród dziesiątków modeli to kilka lat dość intensywnej nauki. Niewielu archeologów może się pochwalić taką umiejętnością. W wyniku wzajemnych kontaktów zaprzyjaźnieni z poszukiwaczami archeolodzy zapoznają ich z innymi archeologami, a zaprzyjaźnieni z archeologami poszukiwacze zapoznają ich z innymi poszukiwaczami. I tak powoli, w sposób dość naturalny, tworzy się pewna płaszczyzna porozumienia. Dzięki temu nie tylko działalność kilku ekspedycji przyniosła rewelacyjne rezultaty, ale i zaczęto docierać do informacji od tych bardziej nieufnych poszukiwaczy. Dzięki zaangażowaniu Fundacji Przyjaciół IA UW oraz pracowników Instytutu zorganizowano też kilka lat temu konferencję poświęconą tematyce stosowania w archeologii wykrywaczy metali.

Dużym krokiem do przodu jest planowana wspólna ekspedycja IA UW, Koła Naukowego Hanza (zrzeszającego studentów IA UW), poszukiwaczy skupionych wokół portalu Poszukiwanie Skarbów, Muzeum Wojska Polskiego oraz Warszawskiego Klubu Płetwonurków. Celem przedsięwzięcia jest przebadanie pola bitwy pod Kircholmem. Warto podkreślić, że autorami pomysłu było dwóch ludzi: poszukiwacz i pracownik IA UW, a jednym z głównych organizatorów student Instytutu. To chyba pierwszy przypadek, kiedy poszukiwacze, jako zorganizowana grupa, nie są zaproszonymi gośćmi a współorganizatorami i równoprawnymi partnerami w projekcie naukowym.
I choć realizacja projektu opóźnia się ze względu na spore trudności organizacyjne na szczeblu administracyjnym, pomysł nie został zaniechany.

Wydaje się, że sednem problemu odnośnie do nawiązywania współpracy między archeologami a poszukiwaczami jest przede wszystkim niewiedza. Ze strony archeologów jest to wspomniany już dość powszechny brak orientacji, co do ilości i jakości zabytków, które poszukiwacze odnajdują niemal każdego dnia. Często dzieje się to w trakcie regularnego przeczesywania całych połaci kraju, kiedy to podczas poszukiwań pamiątek z ostatnich wojen pasjonaci natrafiają także na zabytki archeologiczne. Poszukiwacze eksplorują ponadto obszary, które nigdy nie doczekały się cienia zainteresowania ze strony archeologa bądź już je straciły. Mowa tu o wspomnianych wyżej hałdach pozostawionych przez archeologów (szczególnie tych pochodzących z badań prowadzonych na terenie miast), czy o ziemi z czyszczonych kanałów. Innym miejscem penetrowanym przez poszukiwaczy, w którym chyba nigdy nie postała stopa archeologa są skupy złomu, gdzie także można natrafić na wysokiej klasy zabytki. Oprócz przedmiotów pradziejowych znajdowane są wśród stert złomu także zabytki ze znacznie młodszych okresów, w tym m.in. elementy pojazdów z czasów ostatniej wojny, dzięki którym można te maszyny rekonstruować i prezentować szerszej publiczności. I choć kultura materialna XX w. nie kojarzy się bezpośrednio z archeologią to krąg archeologów zajmujących się badaniem tego okresu (zwłaszcza pierwszej połowy tego stulecia) systematycznie rośnie. Trudno rzecz jasna oszacować, jak wiele cennych zabytków wędruje jednak do pieca hutniczego zanim znajdzie się ktoś, kto je dostrzeże i zabezpieczy. Z drugiej strony w środowisku poszukiwaczy często brakuje wiedzy na temat tego, co właściwie jest zabytkiem archeologicznym oraz jak i komu należy znalezienie takiego zabytku zgłosić. Ocierając się o groteskę należy dodać, że to, czego poszukiwacze nie wiedzą najczęściej, to odpowiedź na pytanie, co ich spotka, kiedy już postanowią poinformować odpowiednie służby o dokonanym znalezisku.

Archeologów i poszukiwaczy łączy wspólna pasja, chęć badania przeszłości i ratowania dziedzictwa kulturowego. A przynajmniej wielu archeologów i wielu poszukiwaczy (nie wszystkich, ponieważ po obu stronach zdarzają się postawy karygodnej nieuczciwości). Stąd tytułowa miłość, która, jak widać, wcale łatwa nie jest. Rzeczywistość pokazuje jednak, że choć obie grupy mogą się bez siebie obejść, to obie dużo na tym tracą. Z drugiej strony współpraca wiąże się ze sporymi korzyściami i wzajemnym uzupełnianiem się. Jeśli więc nawet jeszcze długo trudno będzie pozbyć się sceptycyzmu i obaw to warto pomyśleć o małżeństwie z rozsądku. Wiele wskazuje na to, że zarówno archeolodzy, jak i poszukiwacze mogą na tym skorzystać zdecydowanie bardziej niż pozornie mogłoby się wydawać.

jon5

Powyższy tekst, opublikowany w magazynie „Poszukiwacze”, jest nieco rozszerzoną i poprawioną wersją artykułu opublikowanego w 1 numerze (2011 r.) popularnonaukowego czasopisma „Z bliska i z daleka” wydawanego przez Instytut Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Za szereg cennych wskazówek autorka serdecznie dziękuje Arturowi „Saperowi” Troncikowi.

Zdjęcia: archiwum prywatne autora.

1 Pod tym pojęciem rozumiem wydobywanie z ziemi zabytków archeologicznych (będących w myśl przepisów własnością Skarbu Państwa) przez osoby do tego w świetle prawa nieupoważnione. Podkreślić jednak należy, że w wielu wypadkach nie jest to działalność celowa, a zabytki zostają znalezione przypadkiem. Zupełnie oddzielnym problemem jest nie do końca jasna prawna definicja zabytku archeologicznego.

2 Kontekst, a dokładniej kontekst stratygraficzny, oznacza rodzaj ziemi, w jakiej dany przedmiot zalegał. Archeolog badający stanowisko jest w stanie zaobserwować jak odkładały się poszczególne, zróżnicowane chronologicznie warstwy kulturowe, gdzie w taką warstwę wkopano onegdaj fundamenty domu bądź dół na zboże. Dostrzegając w znajdujących się w ziemi przebarwieniach całą tą opowieść jest w stanie na przykład ustalić, czy znaleziona moneta znajdowała się pod podłogą domu, została zgubiona na podwórku, czy też wpadła do dołu ze śmieciami.

Podobne wpisy: